Z DZIENNIKA NABURMUSZONEJ MAŁOLATY
Nienawidzę cukierkowych i przesłodzonych wstępów typu "Kochany Pamiętniczku", choć wszystko, co zawiera cukier, mogłabym spożywać w nieprzyzwoicie dużych ilościach. Na imię mi Berenika i mam nadzieję, że osoba, która wpadła na "genialny" pomysł nadania mi tego imienia, ma już przygotowany kociołek w czeluściach piekieł. Okej, przesadzam, ale nigdy nie potrafię powstrzymać się od wyolbrzymiania, a poza tym naprawdę nie cierpię swojego imienia. Zdecydowanie większą sympatią darzę jego skróconą wersję - Nika. Zgodnie z filozofią mojego ojca stałam się "rozwydrzoną małolatą ze skłonnościami do praktykowania zachowań powszechnie uznanych za niewłaściwe" (serio, tatku? A ja zawsze myślałam, że jesteś kardiologiem, nie moralistą. Całe życie w błędzie...). Każdego dnia towarzyszy mi przeświadczenie, że w pewnym sensie zawiodłam swoich rodziców, bo nie jestem córeczką, którą sobie wyśnili i wymarzyli (to znaczy grzecznym i posłusznym dziewczątkiem w białej bluzeczce i kraciastej spódniczce, śpiewającym w chórze kościelnym i zbierającym same piąteczki w swym uczniowskim dzienniczku). Ba, jestem zupełnym zaprzeczeniem wyżej opisanego przypadku. W mojej garderobie dominuje czerń, uwielbiam muzykę od której drżą ściany, kujonów unikam jak ognia, a dzienniczka nie prowadzę, bo to strata czasu. Oczywiście moja odbiegająca od ich prywatnych wyobrażeń osobowość to pikuś w porównaniu ze stawianymi pod moim adresem zarzutami. Otóż według najdroższych rodziców w ogóle się nie uczę (taa, a do liceum dostały się krasnoludki), wdaję się w pyskówki z nauczycielami (to nie moja wina, że ja i zacne ciało pedagogiczne nie nadajemy na tych samych falach) oraz wpadłam w złe towarzystwo (nie ma to jak oceniać innych ludzi w ogóle ich nie znając). Okej, przyznaję, że raz czy dwa wróciłam do domu lekko wstawiona (no, może nieco bardziej niż "lekko", ale dokładnie nie pamiętam, bo urwał mi się film), czasami lubię napełnić płuca papierosowym dymem i nie mam nic przeciwko zawieraniu nowych znajomości, choć rodzice uważają, że towarzystwo, w którym się obracam, jest towarzystwem o wątpliwej reputacji. Lista moich grzeszków jest może i treściwa, lecz naprawdę krótka, jednak aby zapobiec "postępującemu procesowi demoralizacji", moi staruszkowie przystąpili do podjęcia konkretnych środków dyscyplinarnych mających na celu odizolowanie mnie od "szkodliwego środowiska". Pierwszym etapem było zniweczenie moich wakacyjnych planów wyjazdu pod namiot ze znajomymi na rzecz "rodzinnych wczasów" w Sopocie. Na nic zdały się moje rozpaczliwe protesty przeplatane z demonstracjami wściekłości, ucieczki z samochodu i szantaż emocjonalny. Ostatecznie byłam zmuszona poddać się ich woli, choć wcale mi się to nie podoba. I nie zamierzam tego ukrywać!
- Co tam piszesz? - zapytał mój ośmioletni brat.
- Nie twój interes, mazepo. - Wystawiłam mu język, po czym zamknęłam zeszycik na kłódkę i schowałam na dnie torby. Kluczyk zaś ukryłam w jednej z miseczek stanika.
Mój brat Miłosz to najbardziej irytujące dziecko na całej kuli ziemskiej. Oprócz tego nosi za duże okulary, jest mądralą z zadatkami na szkolnego prymusa, uwielbia wściubiać nos w nieswoje sprawy i wyłudzać pieniądze za milczenie. W wolnych chwilach, których nie ma zbyt wielu z racji tego, iż pełnienie funkcji gumowego ucha i mojego życiowego kontrolera absorbuje znaczną część jego uwagi, słucha Mozarta. Mozarta! Dzieciak, który jeszcze niedawno sikał w pieluchy interesuje się muzyką klasyczną, a rodzice temu przyklaskują. Taki mądry i grzeczny synek! Tylko ja, czarna owca wśród śnieżnobiałych przedstawicieli gatunku...
- Mamo, ona mnie przezywa! - poskarżył się młody.
Zapomniałam dodać, ze straszny z niego skarżypyta.
- Dlaczego przezywasz brata?
- Dlaczego przezywasz brata? - przedrzeźniałam swoją rodzicielkę. - Nie moglibyście chociaż raz stanąć po mojej stronie? Ale nie, zawsze Berenika jest tą złą i niedobrą!
- Przecież dobrze wiesz, że tak nie jest - próbował załagodzić sytuację ojciec. - Kochamy cię tak samo jak Miłosza.
- Gdybyście mnie kochali, to nie wywozilibyście mnie tutaj wbrew mojej woli!
- To dla twojego dobra. Powinnaś się odciąć od towarzystwa z którym się zadajesz. Ono ma na ciebie zły wpływ.
- Możecie wreszcie przestać najeżdżać na moich przyjaciół? Jak możecie oceniać kogoś, kogo w ogóle nie znacie?
- Przez tych ludzi zmieniłaś się nie do poznania. Buntujesz się, jesteś pyskata, wagarujesz... - wymieniał jednym tchem doktor Fabiański.
- Przypominam wam, że nigdy nie byłam aniołkiem.
- Ale teraz jesteś wręcz nieznośna.
- To skoro tak nie możecie mnie znieść, to po co mnie tu zabieracie? Chcecie się ze mną męczyć na wakacjach przez dwa tygodnie?
- Berenika, proszę cię!
- Gwarantuję wam, że to ostatnia rzecz, do której mnie zmusiliście. Jestem już prawie dorosła i nie dam sobą rządzić!
- Prawie robi wielką różnicę. Masz tylko siedemnaście lat i nie pozwolimy, żebyś stoczyła się na dno! Dlatego informujemy cię, że od dzisiaj masz szlaban na wszystko.
- Szlaban na wszystko? A oddychać mogę?
Po kilkunastu godzinach mordęgi dotarliśmy na miejsce. Borze sosnowy, kto wymyślił przedzieranie się przez całą Polskę samochodem, i to jeszcze w takim skwarze? Dramat. A nie, przepraszam, dramat to się dopiero zacznie. To nie tak, że mam coś przeciwko Trójmiastu, morzu, plaży, sopockiemu molo, urokliwym wschodom i zachodom słońca i tak dalej. No i miejscówka całkiem nie najgorsza - kompleks domków letniskowych w pobliżu Bałtyku. Tylko, że ja się tutaj czuję jak jakiś ptaszek na uwięzi!
- Zamierzasz wysiąść czy będziesz kisić się w aucie do wieczora? - zapytał ojciec, opuszczając auto.
- Wolę zostać siostrą korniszona niż mieszkać w tej przyczepie. - Wskazałam na domek letniskowy, który przez najbliższe dwa tygodnie miał być naszą kwaterą.
- Jak wolisz - odparł ojciec i zatrzasnął za sobą drzwi naszej srebrnej Toyoty, tym samym pozbawiając mnie dopływu wystarczającej ilości tlenu. Otworzyłam okno i natychmiast buchnęło na mnie nagrzane przez palące słońce powietrze. Upał był dziś nie do wytrzymania. Postanowiłam jeszcze raz przemyśleć sprawę zostania korniszonem. Wysiadłam z samochodu i niepewnym krokiem udałam się do wyżej wspomnianej przyczepy. Tak jak przypuszczałam - szału nie ma, staniki również nie latają, drewno gdzie okiem nie sięgnąć, chociaż nie... Jest kominek. Może jakoś się przemęczę te czternaście dni, pod warunkiem, że ta mała, nieznośna menda zniknie mi z oczu raz na zawsze. Nie żebym aż tak nie lubiła swojego brata. Po prostu mam jakąś niewytłumaczalną awersję do dzieci. Usiadłam na najbliższym krześle i z nonszalancją godną największego ignoranta wystawiłam nogi na stół. Za każdym razem, gdy coś mi nie się nie podobało, demonstrowałam swoje niezadowolenie na wszystkie możliwe sposoby. Nie obchodziło mnie, że swoim zachowaniem doprowadzałam innych do szewskiej pasji. Moją specjalnością były konflikty z belframi, dlatego opuściłam gimnazjum w nie najlepszej atmosferze. Oj, lubiłam słowne przepychanki z zacnym ciałem pedagogicznym. Tym razem jednak ofiarami moich humorków stali się wspaniali rodzice.
- Wiemy, że lubisz otwarcie okazywać swoje niezadowolenie, ale nie uważasz, że trochę przesadzasz? Ściągnij te nogi ze stołu! - pienił się ojciec. - I w ogóle zobacz, jak ty wyglądasz!
Powiodłam wzrokiem po swojej sylwetce. Czarna bokserka z nadrukowanym zielonym liściem pewnej dobrze znanej roślinki, szorty niedbale przerobione z przykrótkich dżinsów i czarne trampki. W moim mniemaniu niewiele różniłam się od przeciętnej nastolatki, ale mój tatuś, poważny pan doktor, zawsze musi się do czegoś przyczepić. No chyba, że nie chodzi mu o ubrania, tylko moją fryzurę. Ostatnio mocno skróciłam włosy i potraktowałam farbą. Ulotka dołączona do opakowania obiecywała osiągnięcie efektu czekoladowego brązu, ale wyszły niemal czarne. Trzeba naprawdę wytężyć wzrok, żeby dostrzec w nich czekoladopodobne refleksy. Poza tym stosowałam mocny makijaż, czego mój ojczulek szczerze nie znosił. Nawet chował przede mną kosmetyki, ale była to syzyfowa praca, bo prędzej czy później i tak je znajdowałam. Co do irytacji tatunia - tym razem postanowiłam wykazać się kompletną ignorancją. Grzecznie spełniłam prośbę rodzica, po czym jak gdyby nigdy nic wyminęłam go i trzasnęłam drzwiami. Poczułam, że się duszę. Zdecydowałam się na mały spacer. Dokąd? Nie wiem.
Przemierzałam sopocką plażę, kopiąc każdy kamyk, który znalazł się w zasięgu moich butów. Gdybym lubiła bawić się w pseudo poetycki bełkot stwierdziłabym, że jestem jak ptak ze złamanym skrzydłem, który chciałby wzbić się w powietrze i odlecieć, ale nie może, bo zraniony narząd lotu krępuje jego ruchy i ogranicza wolność. Moją wolność ograniczają rodzice. Na zdrowy rozsądek mają do tego prawo, w końcu jeszcze nie stuknęła mi osiemnastka, a ledwo sweet seventeen, nadal są za mnie odpowiedzialni, bla, bla, bla...
Rozejrzałam się po okolicy. W innych okolicznościach przyrody mogłoby mi się tutaj spodobać, ale z uwagi na to, że znajduję się na karnych wakacjach, na wszystko zamierzam fukać z dezaprobatą i stroić fochy jak te wszystkie małe potworki w centrach handlowych, kiedy rodzice nie chcą kupić im upatrzonej zabawki.
W oddali zamajaczyły mi sylwetki chłopaków i dziewczyn odbijających piłkę. To jakiś obóz sportowy, czy co? Miałam zamiar z gracją ominąć grające towarzystwo i obrać inny kierunek wędrówki. I prawie by mi się to udało, gdyby nie to, że nagle poczułam silne uderzenie w głowę. Odwróciłam się i zobaczyłam, że sprawcą owego ataku na moją osobę jest niebiesko-żółte, kuliste, wstrętne paskudztwo (za dużo siatkówki na lekcjach wychowania fizycznego, stąd ta niechęć). Już miałam cisnąć piłkę w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku, a następnie zbluzgać mojego oprawcę, kiedy usłyszałam czyjś głos:
- Podasz?
- A może najpierw jakieś przepraszam, co? - wydarłam się. Czy ja naprawdę muszę uczyć jakiegoś chłystka podstawowych zasad kultury osobistej?
- Sorry maleńka - rzucił od niechcenia. - To co, podasz?
- Maleńka to jest zawartość twoich spodni! - odgryzłam się.
- Masz rentgen w oczach?
- Czyli potwierdzasz moją tezę?
Publiczność ryknęła śmiechem. Delikwent spąsowiał. Punkt dla mnie.
Nie mam pojęcia, kim był koleś, który uderzył mnie piłką, a później "zapomniał" przeprosić i właściwie niewiele mnie to obchodzi. Nie zaprzątałam sobie głowy rekonesansem jego wyglądu zewnętrznego, choć moje czujne oko zdążyło zarejestrować ponadprzeciętny wzrost, intensywną opaleniznę, fryzurę na zapałkę, mocno zarysowane kości policzkowe i zielone tęczówki. Całkiem ładne, choć ogólnie rzecz biorąc, chłopaczyna niewiele różnił się od moich klasowych rówieśników. Widzisz ten brak logiki, "kochany pamiętniczku"?
- Widzę, że nie będzie z tobą tak łatwo. Ale lubię takie złośnice. - Puścił do mnie oczko, otrząsnąwszy się z odrętwienia i pozbywszy resztek wstydu. - Podasz?
- Jasne - odparłam, po czym podrzuciłam Mikasę i jednym zwinnym uderzeniem dłonią posłałam ją w jakieś zarośla. Taka moja natura, że nie potrafię się powstrzymać od bycia wredną jędzą.
- Ej! Co to miało być?! - bulwersował się brunet.
- To się chyba nazywa as serwisowy - rzuciłam kąśliwie.
~ * ~
Okej, od soboty odprawiam nad tym rozdziałem jakieś modły, które do niczego nie prowadzą, dlatego czas ukrócić ten proceder. Od publikacji prologu minęło ponad dziesięć miesięcy, a więc to jest dobry moment, by wreszcie się tutaj zadomowić, co jednak nie zmienia faktu, że dodaję dzisiejszy post bez przekonania (w ogóle ostatnio nie mam przekonania do żadnych pisarskich tworów własnego autorstwa; to chyba jakiś kryzys). Pisany dwa lata temu epizod może nie jest pod względem literackim na haniebnie niskim poziomie, ale widać różnicę w stosunku do tego jak piszę teraz, więc chyba poczyniłam od tego czasu całkiem spore postępy.
Żegnamy telenowelowe klimaty, a co za tym idzie, przenosimy się do niesfornej Bereniki i niepokornego Zbyszka. Na początek kilka kwestii organizacyjnych. "Wspomnienie lata" (lub "Memory of summer", aczkolwiek angielska nazwa powstała tylko dlatego, że spolszczony adres był zajęty) jest historią o zabarwieniu humorystycznym, dlatego proszę o zachowanie odpowiedniego dystansu i nie traktowanie wszystkiego, co zawiera się w jej treści, śmiertelnie poważnie. Co prawda moje poczucie humoru kuleje, ale powiedzmy, że będę ze wszystkich sił starała się zachować przynajmniej pozory komediowości. Możecie więc, oprócz weny, życzyć mi także dobrego nastroju, bo z pewnością będzie mi tutaj baardzo potrzebny. ;) Zwłaszcza, że ostatnio mam ciągoty do napisania jakiejś dramy. A jako że sezon ogórkowy w pełni, bez wątpienia dużo łatwiej jest wczuć się w atmosferę opowiadania. :)
Inne od Twojego poprzedniego opowiadania, ale podoba mi się bardzo. Mam nadzieję, że jakoś strawię Zbycha, bo nie lubię go wybitnie. Ale podobno mają tu też występować siatkarze Sovii, więc jest dobrze. :D
OdpowiedzUsuńNo, widzę, że główna bohaterka to charakterna babeczka. O ile Anka była spokojna, nieśmiała i taka, no, dupowata, tutaj mamy pewną siebie dziewczynę, która ma parę grzeszków na sumieniu. Pyskuje rodzicom? Nieznośna. Co to za szatan ją opętał? :D
Podejrzewam, że trudno byłoby mi się dogadać, bo dym z papierosa wywołuje u mnie natychmiastowy kaszel, a i nie lubię, jak laska ma na sobie tonę tapety.
Ale jako bohaterka opowiadania wydaje się być idealna. Mocna osobowość, o to chodziło. Szare myszki nie zapadają w pamięć ludzi.
Hahahah, a może jednak ją polubię? Wywaliła Zbysiowi piłkę w krzaki? Ojeju, jak mi przykro. :D
Pozdrawiam. :*
Inne, bo nie chcę popadać w monotonię i pisać wszystkiego na jedno kopyto ;) A siatkarze Sovii się pojawią, ale dopiero za kilka tygodni, kiedy nastąpi duuży przeskok czasowy i akcja przeniesie się do Rzeszowa :)
UsuńAnka to były istne ciepłe kluchy, ale Berenika będzie chyba jej totalnym przeciwieństwem ;)
W takim razie jesteśmy dwie, bo i ja odczuwam wstręt do dymu papierosowego i nie lubię wytapetowanych dziewczyn :P
Pozdrawiam :*
O borze, borze, borze zielony! To jest cudowne :D Podoba mi się tak bardzo, że czytając cały rozdział miałam uśmiech na pyszczku, więc wiesz, nie pozbędziesz się mnie. :D
OdpowiedzUsuńGłówna bohaterka ma wyrazisty charakter i za to już ją uwielbiam. Widać, że nie da sobie w kaszę dmuchać i bardzo dobrze! Trzeba sobie radzić w życiu, a nie być galaretką. ;P
Co do awersji do dzieci, pyskowania i jeszcze kilku zachowań Bereniki - dogadałybyśmy się, bo jesteśmy w tej kwestii podobne. Dlatego tak bardzo nie mogę doczekać się co będzie dalej. Więc pisz, pisz i nie przestawaj. :)
Pozdrawiam ;*
Ależ ja nie mam zamiaru nikogo się stąd pozbywać :D Cieszę się, że i tutaj masz zamiar mi towarzyszyć :)
UsuńOczywiście, gruba skóra i twardy tyłek to podstawa w dzisiejszym świecie. Trzeba walczyć o swoje.
Mnie z główną bohaterką na pewno łączy awersja do dzieci. Niby próbuję z tym walczyć, ale jakoś na razie mi to kiepsko wychodzi :)
Piszę, piszę, nie przestaję (a przynajmniej się staram ;))
Pozdrawiam ;*
Zapraszam na blog z krótkimi siatkarskimi historiami: siatury.blogspot.com :)
Usuńzapowiada się ciekawie, młoda, buntownicza Berenika oraz pewny siebie Bartman.
OdpowiedzUsuńJest dobrze! Nie musisz się martwić, czyta się genialnie :)
Ciekawi mnie jak ta dwójka zacznie się dogadywać i jak rozwinie się ta znajomość.
Będę czytać i pozdrawiam :*
Cieszę się, że nadal jesteś oraz że Ci się podoba :)
UsuńPozdrawiam również :*
Co ma Bartman w sobie takiego, że chce mu się przywalić? ;)
OdpowiedzUsuńPamiętniczek - fajna rzecz i urozmaica narrację, a brat Gumowe Ucho jest tak boleśnie rzeczywisty.
No to czekam na rozwój wypadków.
Też zadaję sobie to pytanie ;)
UsuńJa nie mam brata, więc nie mogę mieć stuprocentowej pewności co do sposobu działania instytucji Gumowego Ucha, dlatego pozostaje mi bazować na własnej wyobraźni :)
Inne nie znaczy zle, jestem chętna by poznać tę historię do samego końca :D
OdpowiedzUsuńjeśli możesz informuj o nowych na gg 15696793 ;)
Ojej, no właśnie, przecież miałam Cię informować. Zupełnie zapomniałam, przepraszam, ale następnym razem już dam znać o nowości :)
UsuńTo pierwsze Twoje opowiadanie z jakim zaczynam, ale mam nadzieję, że znajdę także czas aby nadrobić poprzednie.
OdpowiedzUsuńWracając do prologu, bardzo mi się podoba. Berenika taka niegrzeczna, zbuntowana, coś czuję, że Bartman tylko podsyci płynący w niej ogień i bardzo dobrze!
w każdym razie masz mnie, będę czytała na bieżąco
weny ;*
Jeśli masz ochotę poczytać moje poprzednie opowiadania, to oczywiście serdecznie zapraszam :) No i cieszę się, że Ci się podoba.
UsuńDziękuję ;* Przyda się bardzo, zwłaszcza teraz.
Jak widzę, że jednym z bohaterów ma być Zbyszek Bartman - od razu sprawdzam opowiadanie. I wreszcie trafiłam na interesującego bloga. Zostanę aż do końca, bo zapowiada się naprawdę ciekawie!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że będziesz mnie informować o nowych rozdziałach tutaj w komentarzach: http://nie-zapomnij-omnie.blogspot.com/ :)
Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis!
Pozdrawiam ;*
Rozumiem, że czasami trudno przekonać się do Zbyszka, więc tym bardziej doceniam, że postanowiłaś tutaj zostać :) Mam nadzieję, że nie zawiodę.
UsuńNie ma sprawy :)
Pozdrawiam ;*