piątek, 2 października 2015

Epizod pierwszy, czyli: Ty pewnie jesteś ta nowa?

CZĘŚĆ II
(gwoli ścisłości - znajdujemy się w sezonie 2012/2013)

Kilkakrotnie wytuszowała swoje długie rzęsy, podkreśliła różem wydatne kości policzkowe i pociągnęła usta bladoróżowym błyszczykiem. Zawsze miała kompleks małych ust i dokładała wszelkich starań, by choć trochę optycznie je powiększyć. Oczywiście tylko optycznie. Żaden botoks ani interwencje chirurga plastyka nie wchodziły w grę; nie miała zamiaru przypominać wizualnie tych wszystkich szafiarek i celebrytek z pustostanem pod kopułą.
Uśmiechnęła się pokrzepiająco do swojego odbicia w lustrze. Pierwszego dnia w pracy chciała prezentować się nienagannie i tenże cel starała się osiągnąć, nawet jeśli po założeniu śnieżnobiałego uniformu efekty jej starań nie zostaną zauważone. Wzięła kilka głębokich wdechów. Nigdy nie należała do osób strachliwych, jednak stresujące sytuacje rodziły w jej głowie miliony wątpliwości. Jak odnajdzie się w Rzeszowie? Jak przyjmie ją personel jednego z rzeszowskich szpitali, mającym być od dzisiaj miejscem, w którym zacznie szlifować swoje umiejętności? Czy znajdzie się tam choć jedna życzliwa osoba, czy może trafi do grona zawistnych i sfrustrowanych przedstawicieli ochrony zdrowia, którzy będą czerpać przyjemność z uprzykrzania jej życia? Rozmyślania brunetki zostały przerwane przez dźwięk przychodzącej wiadomości. Chwyciła telefon i wyszczerzyła się do ekranu. Łukasz, jak na prawdziwego kumpla przystało, zawsze potrafił podnieść ją na duchu. Trzymam kciuki, Mała! Podbijesz rzeszowską służbę zdrowia! :D Zaledwie siedem słów okraszonych roześmianym emotikonem. Tak mało, a zarazem tak wiele. Przyjaźń Fabiańskiej i Korzeckiego była namacalnym dowodem na istnienie zjawiska pokrewieństwa dusz. Ta dwójka rozumiała się bez słów, zupełnie jakby ich umysły zostały połączone niewidzialnym portalem ułatwiającym przepływ myśli pomiędzy ich szarymi komórkami. Urodzili się nawet tego samego dnia, z tą różnicą, że Korzecki przyszedł na świat siedem godzin wcześniej i właśnie dlatego czasami nazywał ją Małą. Berenika była mu wdzięczna, że znosił jej zmienne humory i był zawsze w gotowości, gdy chciała wypłakać mu się w rękaw. No i parzył najpyszniejszą kawę w całym wszechświecie. Utarło się powiedzenie, że gej jest najlepszym przyjacielem kobiety i chyba coś w tym musiało być, bo Łukasz jak dotąd był jedynym mężczyzną, który nigdy jej nie zawiódł. Brunetka odpłacała mu się tym samym; to ona była pierwszą osobą, która broniła go przed rodzicami homofobami, gdy tamci nieomal wyrzekli się swojego jedynego syna na wieść o jego odmiennej orientacji. Od tamtej pory Korzecki rozpoczął życie na własny rachunek w oddalonym o ponad 160 kilometrów od Krakowa Rzeszowie. By móc być bliżej przyjaciela, Fabiańska również postanowiła na stałe przenieść się do stolicy Podkarpacia. Nie potrzebowała wianuszka rozchichotanych pseudo przyjaciółek, godzinami rozprawiających o ciuchach i facetach; miała Łukasza, swojego przyszywanego bliźniaka i to w zupełności jej wystarczyło.
Berenika spojrzała na zegarek. Zbliżał się czas wyjścia, więc jeszcze raz zerknęła przelotnie na wiszące w przedpokoju zwierciadło i wsunęła na stopy niebotycznie wysokie cieliste szpilki. Miała już pokaźną kolekcję takowych butów, jednak za każdym razem, gdy na wystawie sklepowej dostrzegała godny uwagi model, nie potrafiła powstrzymać się przed jego kupnem. Eleganckie zdobycze zaczęły zajmować coraz więcej przestrzeni, dlatego postanowiła, że wygospodaruje w mieszkaniu miejsce na ogromną garderobę. Od dawna o takiej marzyła. O tym pomyśli jednak później. Narzuciła na siebie jasny jesienny płaszczyk, chwyciła pasującą do niego torebkę i upewniwszy się, że wszystkie sprzęty w domu zostały wyłączone, opuściła lokum, uprzednio zakluczając prowadzące do niego drzwi. Zjechała windą na sam dół i w okamgnieniu znalazła się na parkingu. Zasiadła za kierownicą swojego wysłużonego volkswagena, który już nie raz zawodził ją, gdy jak najszybciej chciała dotrzeć na miejsce. Niespodzianki nie było i tym razem. Pierwsze próby odpalenia silnika zakończyły się fiaskiem. Pielęgniarka wymamrotała pod adresem maszyny kilka przekleństw i zagroziła wywózką na złom, ale kiedy nie przyniosło to oczekiwanego rezultatu, postanowiła zmienić strategię. Pogłaskała czule kierownicę swojego Złomka i łagodnym, pozbawionym choćby cienia złości tonem wypowiedziała kilka słów mających udobruchać nieposłuszny środek lokomocji. O dziwo podziałało. Widocznie samochód jest równie nieskomplikowanym stworzeniem jak facet. Wystarczy odpowiednio go urobić, omamić i chodzi jak szwajcarski zegarek. Zupełnie jak jej ojciec... Ale to temat na oddzielną dyskusję.
Do rzeszowskiej placówki dotarła kilka minut przed czasem. Gdy rozsunęły się przed nią drzwi budynku, pewnie weszła do środka i wtedy omal nie wywinęła na swoich szpilkach przysłowiowego orła. Prawie zapomniała, jak śliskie potrafią być szpitalne podłogi. W ostatniej chwili zdołała jednak utrzymać równowagę i skierowała swoje kroki do tak zwanej dyżurki. Na miejscu zastała jedną z koleżanek po fachu, maksymalnie skoncentrowaną na piłowaniu swoich paznokci. Na widok Bereniki szatynka pospiesznie schowała pilniczek do kieszeni fartucha i podniósłszy się z krzesła, wygładziła wszelkie fałdki i wgniecenia na szpitalnym uniformie.
- Ty pewnie jesteś ta nowa? - odezwała się. - Wygląda na to, że będziemy mieć wspólne dyżury. Cześć, jestem Weronika. - Wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się przyjaźnie, ukazując urocze dołeczki w policzkach. Fabiańska uścisnęła dłoń dziewczyny i również zdradziła swoje imię.
- Weronika i Berenika. Aleśmy się dobrały! - Zachichotała. - Dobra, przebieraj się, bo niedługo zaczynamy obchód.
Brunetka dostosowała się do prośby dziewczyny i niespełna dwie minuty później paradowała w białym pielęgniarskim fartuszku z przypiętym do niego identyfikatorem. Ukochane szpilki zostały zastąpione przez szpitalne ciapciaki, jak zwykła nazywać obuwie obowiązujące w każdej placówce ochrony zdrowia. Gdy pobieżnie wertowała grafik dyżurów, do pokoju wszedł ordynator. Był to wysoki mężczyzna w średnim wieku o czarnych włosach przyprószonych lekką siwizną. Lekarz przedstawił się dziewczynie. Gdy Nika zrobiła to samo, ordynator w mig zwrócił uwagę na jej nazwisko.
- Krewna doktora Jędrzeja Fabiańskiego?
- Nie, to zbieżność nazwisk - ucięła krótko. Jej ojciec zapewne nie byłby zachwycony, wiedząc, że jedyna córka się do niego nie przyznaje, ale Berenika nie chciała być kojarzona w życiu zawodowym z osobą swojego rodzica. Do wszystkiego chciała dojść sama, a nie po plecach znanego i cenionego w środowisku lekarskim kardiologa. Zdawała sobie sprawę, że miałaby o wiele łatwiej zostając lekarzem. Pielęgniarki często były osobami od tak zwanej czarnej roboty. Lekarze nie liczyli się z ich zdaniem i nierzadko traktowali je jak służące, nie zdając sobie sprawy jak wiele zawdzięczają ich pomocy. Dlaczego więc mimo tylu niedogodności Berenika zdecydowała się na ten zawód? Mogłaby powiedzieć, że kierowała nią chęć pomocy innym, która zastąpiła buntowniczą i egoistyczną naturę z lat wczesnej młodości, ale nikt o zdrowych zmysłach by w to nie uwierzył, a przynajmniej nie ten, kto zdążył ją poznać choćby w niewielkim stopniu. Tak naprawdę nie bez wpływu na jej wybór pozostawała nieudana próba dostania się na medycynę, na którą wcale nie chciała się dostać, bo nie miała zamiaru realizować niczyich ambicji, a już zwłaszcza ambicji ojca. Poza tym obawiała się, że poważnie ucierpiałoby na tym jej życie towarzyskie i w ogóle jakiekolwiek życie poza uczelnią i książkami, a drzemiąca w niej natura leniwca stanowczo sprzeciwiała się zostaniu niewolnikiem własnych studiów.
Praca pielęgniarki ma to do siebie, że należy uwijać się jak w ukropie. Nie ma czasu na siedzenie i zbijanie bąków. Berenika nie lubiła bezczynności, więc pod tym względem ta profesja zdecydowanie jej odpowiadała. Pozwalała nie myśleć o problemach życia codziennego i skoncentrować się wyłącznie na wykonywanych obowiązkach, które w takiej instytucji jak szpital zdawały się nie mieć końca. Nie inaczej było i tego dnia; brunetka biegała od sali do sali, zadając rekonwalescentom rutynowe pytania dotyczące ich samopoczucia i fizjologii, podając im termometry, czy zmieniając kroplówki.
Gdy poranny obchód miał się ku końcowi, Berenika z czystej ciekawości skierowała swoje kroki na oddział intensywnej terapii. Fabiańska zapuściła żurawia do kilku sal, po czym weszła do ostatniej, chyba najokazalszej i najbardziej ekskluzywnej, jakby przeznaczonej dla jakiejś ważnej osobistości. Pewnie leży tutaj jakiś VIP - uśmiechnęła się do swoich myśli i pchnęła delikatnie drzwi pomieszczenia. Od progu uderzył ją widok mężczyzny z zabandażowaną głową, podpiętego do urządzenia stale monitorującego pracę jego serca. Dziewczyna podeszła bliżej, od samego początku mając wrażenie, że skądś zna owego jegomościa, nie potrafiła jednak przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach widziała go po raz pierwszy. Zawieszona na łóżku tabliczka rozwiała wszelkie wątpliwości brunetki. Kilkanaście liter ułożonych w jedno imię i nazwisko - Zbigniew Bartman. Nie, nie mogło być mowy o pomyłce. Berenika była pewna, że pod zamkniętymi powiekami kryją się zielone oczy, które pamiętnego lata tak bardzo zawróciły jej w głowie. Nie mogła uwierzyć, że spotyka go tutaj, w Rzeszowie, po tylu latach od wakacji w Sopocie. Wakacji, których wspomnienie nie zatarło się w jej umyśle mimo upływającego czasu. Przyznać, że nieoczekiwane spotkanie wprawiło ją w zdumienie, to tak jakby nie powiedzieć kompletnie nic.

~ * ~
Zgodnie z obietnicą rozdział pojawia się dokładnie tydzień później. Nawet pomimo malejącego zainteresowania tą historią.
Trochę się tu pozmieniało, łącznie z narracją. Chyba fajniej być narratorem wszechwiedzącym.
Coś za spokojna Berenika w tym epizodzie, ale bez obaw, aż tak diametralnie jej charakter się nie zmieni. ;)
Tak by the way, przewidziałby ktoś, że zostanie pielęgniarką? Choć może raczej w jej przypadku bardziej adekwatne byłoby określenie "wstrętna piguła". ;)

A kolejny za dwa tygodnie w piątek. Niby dysponuję jeszcze skromnymi zapasami, ale boję się, że się skończą, a ja nic nie napiszę.