wtorek, 26 grudnia 2017

Cuda, cuda ogłaszają...

Dobry wieczór!
Ale mi wstyd... Ostatni rozdział pojawił się tutaj w ubiegłym roku, 28 sierpnia, ostatni post - 28 grudnia. W międzyczasie dodałam jeszcze krótką notkę (1 maja bieżącego roku), ale niedawno zorientowałam się, że nie wyświetla się ona w wersji mobilnej bloga, więc prawdopodobnie nie dotarła do wielu z Was. Pocieszam się jednak tym, że rok 2017 generalnie był czasem stagnacji w fanfickowej cześci blogspota, a więc nie tylko ja zrobiłam sobie bardzo długie wakacje od pisania. Muszę jednak przyznać, że przez te kilkanaście miesięcy nachodziły mnie różne myśli. W pewnym momencie byłam wręcz przekonana, że już tu nie wrócę, że nie dam rady napisać nic więcej, ale jednocześnie nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że czegoś mi brakuje, że moja układanka nie jest kompletna. Oczywiście nadal nie mogę obiecać, że powrócę do regularnego pisania, zresztą trudno obiecywać coś takiego, wiedząc jak krucho bywa z wolnym czasem. Co jakiś czas udawało mi się jednak otworzyć dokument w Wordzie i zapisać choć kilka stron, nie tylko tego opowiadania. Do czego zmierzam? Ano do tego, że ostatnio udało mi się coś skończyć i opublikować, stąd tytuł posta, bo mam wrażenie, że po tylu tygodniach zastoju to jakiś cud. ;)
Nie przedłużając, jeżeli odwiedzicie https://mysli-szum.blogspot.com/, do czego nieśmiało zachęcam, znajdziecie świątecznego oneparta. Święty Mikołaj przybywa z poślizgiem, ale ważne, że udało mu się jeszcze zdążyć. ;)

A co ze Wspomnieniem lata? No cóż, mam jakąś 1/4 kolejnego rozdziału, więc trudno powiedzieć, kiedy go skończę, ale wiem jedno - za bardzo lubię moich bohaterów, by pozostawić ich historię niedopowiedzianą. Stej tjund!

środa, 28 grudnia 2016

Post bez tytułu

Wygląda na to, że jednym z moich noworocznych postanowień (których notabene nigdy nie robię) powinno być dokończenie wszystkich rozpoczętych opowiadań, a uwierzcie, że trochę tego jest. Wspomnienie na pewno prędzej czy później (pewnie później) doczeka się ostatniej kropki, nie wiem natomiast co z resztą, czyli kilkoma onepartami. Miałam wrócić przed świętami z wigilijną historyjką, do której przymierzałam się już w ubiegłym roku, ale cóż, znów musiałam skapitulować. Podobno do trzech razy sztuka, więc może za rok ;) To naprawdę ma szansę się udać, bo moje pomysły zazwyczaj charakteryzują się długowiecznością. Co się odwlecze, to nie uciecze.
Uświadomiłam sobie, że w ostatnim czasie Selene czytająca niemal w zupełności wyparła Selene piszącą (chociaż i z czytaniem różnie bywa, więc jeśli jestem komuś winna komentarz, to na dniach postaram się wszystko nadrobić), bo nawet jeśli coś tam sobie bazgrzę, to zwykle jeden-dwa akapity i "do widzenia". Nie mogę więcej, mimo że bardzo bym chciała. To wręcz zatrważające, że w całym 2016 roku opublikowałam zaledwie trzy (!) rozdziały. A dziś mijają dokładnie cztery miesiące od publikacji Dziewiątki... Kiepski bilans. Miło byłoby go poprawić, ale nie sądzę, żeby mi się to udało, bo Mikołaj nie spełnił mojego życzenia i nie znalazłam pod choinką gotowej pracy licencjackiej, więc muszę pisać ją sama ;) Postanowiłam jednak dać znak życia, bo strasznie nie lubię tej próżni i bezterminowego milczenia. I zapewniam, że jeszcze nie powiedziałam, a właściwie nie napisałam ostatniego słowa. Nie tylko w tym poście.
Ponieważ istnieje dość realne zagrożenie, że w najbliższych dniach nie zjawię się z żadnym czytadłem, chciałabym życzyć zarówno Wam, jak i sobie, byśmy w tym nowym, 2017 roku potrafiły znaleźć w życiu więcej radości. Nie dawać się lękom i przytłaczającym myślom, nie zastanawiać się nad tym, co było lub będzie. Przynajmniej przez chwilę popatrzeć na świat przez różowe okulary i uwierzyć, że jeszcze będzie okej. Czasami to cholernie trudne, ale może warto spróbować?
Pozdrawiam ciepło. I pamiętajcie, że jestem, nawet wtedy gdy mnie nie ma.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Epizod dziewiąty, czyli: Nasz ojciec jest jak tani brukowiec - przeinacza fakty, usiłując rozpętać burzę w szklance wody.

Nika, Nika, Nika. Gdzieś już słyszał to zdrobnienie. A może to nie było zdrobnienie... Czy znał dziewczynę o imieniu Nika? Oczywiście nie potrafił sobie przypomnieć. Chociaż nie... Kilka lat temu emitowali w telewizji serial „Nikita”, który Kaśka zwykła oglądać dla zabicia czasu, podobnie jak „Tajemnice Smallville” czy „Pogodę na miłość”. Pewnie mu się skojarzyło.
Kolejne spotkanie z Bereniką „Niką” wydało mu się śmiesznym zrządzeniem losu. Odkąd poznali się w szpitalu, ich drogi nieustannie się ze sobą krzyżowały, z czego brunetka najwyraźniej nie była zadowolona. Dziś na przykład, Zbyszek miał trudności z ocenieniem, co zezłościło ją bardziej - nieposłuszeństwo brata czy wymuszona przez sytuację słowna przepychanka z „ulubionym” sąsiadem. Swoją drogą, dobrze, że udało mu się jakimś cudem przekonać tego dzieciaka, by został z siostrą. Tak naprawdę kompletnie nie znał się na dzieciach i nawet nie darzył ich szczególną sympatią, ale ciągle miał w pamięci weekend z rodzicami w Zakopanem, podczas którego pięcioletnia wówczas Kaśka nagle przepadła jak kamień w wodę. Na szczęście jakiś przechodzień, tak się złożyło, że był nim góral, zaprowadził ją na posterunek policji, zapłakaną i kompletnie przerażoną, nie wiadomo czy z powodu zaistniałego incydentu, czy „tego pana, który tak dziwnie mówił”. Być może właśnie to zdarzenie sprawiło, że nie potrafił przejść obojętnie obok małego blondynka usiłującego samodzielnie wydostać się poza teren galerii handlowej. Zabawne, że miał przed oczami wspomnienie tak odległej przeszłości, podczas gdy wiele wydarzeń ostatnich miesięcy, a właściwie lat, wciąż stanowiło dla niego zagadkę. Tym samym mianem mógłby określić Berenikę. Zagadka. Każdą nowo poznaną osobę traktowała z takim chłodem i wyższością, czy tylko dla niego robiła ten jakże zaszczytny wyjątek? Paradoksalnie im bardziej próbowała go do siebie zniechęcić, tym bliżej chciał ją poznać, a jego wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach. Ogarnij się, Bartman, jesteś zaręczony! - z czeluści podświadomości dobiegał jego własny głos. Podobno.
Wracając do domu zauważył, że jego komórka się rozładowała. Nie miał zatem pojęcia, że od kilku godzin próbuje się do niego dodzwonić wspomniana wcześniej panna Bartman. Jakież więc było jego zdziwienie, gdy ujrzał ją u progu własnego mieszkania z ogromną walizką, która wyraźnie sugerowała dłuższą wizytę.
- Kaśka? – zapytał inteligentnie, nawet nie próbując zakamuflować swojego zdumienia. – Co ty tutaj robisz?
- Gdybyś odebrał chociaż jedno połączenie, to byś wiedział – stwierdziła nonszalancko i skrzyżowała ręce na piersiach.
- Rozładował mi się telefon – rzucił niedbale, a jego wzrok ponownie zatrzymał się na jej bagażu. – Rodzice cię do mnie przysłali? – Znając ich nadopiekuńczą matkę, która podczas ostatniej rozmowy telefonicznej oznajmiła Zbyszkowi, że już nigdy nie pozwoli mu wsiąść za kierownicę, taki scenariusz był wielce prawdopodobny. Póki co dostosowywał się do jej życzenia i korzystał z komunikacji miejskiej, ale tylko dlatego, że z jego samochodu została kupa złomu, a on sam miał opory przed korzystaniem z klubowego auta. Przynajmniej tak to sobie tłumaczył.
- Rodzice nie mają pojęcia, że tutaj jestem. - Przez jej twarz przebiegł cień grymasu. - To co, wpuścisz mnie do środka? Chyba nie pozwolisz, by twoja rodzona siostra nocowała pod mostem?
Owszem, nie pozwolił. Kaśka przez chwilę rozglądała się ciekawie po przedpokoju, po czym ruszyła w głąb mieszkania, ciągnąc za sobą walizkę.
- Potrzebuję tylko trochę miejsca w szafie i w łazience. No i jakiegoś kąta do przekimania. Da się zrobić? - rozległo się w sypialni. Bartman podążył za nią.
- Jak długo zamierzasz tutaj zostać?
- Trudno powiedzieć - odparła wymijająco i ściągnąwszy kurtkę, wróciła do przedpokoju, by zawiesić ją na wieszaku. - Ale nie martw się, nie będę korzystać z twojej gościnności bardziej niż to konieczne. Od jutra zaczynam szukać pracy.
- Pracy?! Masz zamiar się wprowadzić?! - Kolejna kobieta usiłująca przejąć kontrolę nad jego życiem? Nie wytrzyma tego, zdecydowanie. - A co z twoimi studiami?
- Szczerze? Nie wiem - odpowiedziała ze stoickim spokojem, cały czas unikając jego wzroku.
- Kasiek, co się dzieje? - Chwycił jej nadgarstek, tym samym zmuszając ją, by przestała krążyć po jego lokum jak nakręcony bączek.
- O proszę, dawno tak do mnie nie mówiłeś. - Uśmiechnęła się blado. - Czyli jednak coś jeszcze pamiętasz.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- A możemy dzisiaj o tym nie rozmawiać? Mam za sobą długą podróż, jak na złość zakończoną stłuczką. Dobrze, że facet, którego stuknęłam okazał wyrozumiałość, bo nie miałam ochoty użerać się z kolejnym szowinistycznym typem forsującym swoją wyższość na drodze.
- O nie, siostro. - Zaprowadził ją do pomieszczenia będącego połączeniem kuchni i salonu i nie zważając na protesty, posadził przy kuchennej wyspie. - Nie odczepię się, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz. Napijesz się herbaty?
- Chętnie.
- To zrób też dla mnie. - Uśmiechnął się szelmowsko, a Kaśka wykonała ruch, jakby chciała trzepnąć go w głowę, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że to dość wrażliwa ostatnimi czasy część ciała jej brata.
- Dobra, oszczędzę rekonwalescenta - skwitowała z rozbawieniem i poinstruowana przez Zbyszka odnalazła dwa kubki oraz pudełko czarnej herbaty, a następnie wstawiła wodę.

- Pokłóciłaś się z rodzicami?
- Taa... z ojcem - przyznała smętnie, wpatrując się w przestrzeń przed sobą i bezwiednie mieszając gorący napój. - Nic nowego, prawda?
- Co tym razem?
- „Rzuciłam studia, zostawiłam Daniela i pewnie znowu zaczęłam te swoje wariactwa”. - Nakreśliła palcami cudzysłowie.
- Czy mówiąc o wariactwach miał na myśli... - Zawiesił głos i nagle zaczął przyglądać jej się uważniej.
- Że też musisz o tym pamiętać - mruknęła pod nosem. - Temat jest zamknięty od jakichś czterech lat, jasne? - W głosie Katarzyny pobrzmiewała irytacja. - Zapamiętaj sobie jedno: nasz ojciec jest jak tani brukowiec - przeinacza fakty, usiłując rozpętać burzę w szklance wody.
- Czyli nie rzuciłaś studiów i nie zostawiłaś tego... Daniela? - Bartman nie potrafił sobie przypomnieć chłopaka siostry.
- Decyzję o rozstaniu podjęliśmy wspólnie. Oboje zrozumieliśmy, że to chyba nie to - wyjaśniła zdawkowo. Jeśli zaś chodzi o studia, to wzięłam dziekankę. Daję sobie czas do namysłu, ale nie ukrywam, że mam coraz większe wątpliwości, czy architektura krajobrazu to na pewno to, czym chcę się zajmować.
- Żartujesz sobie? Nie znam osoby bardziej zakręconej na punkcie tych wszystkich roślinek i ogrodów.
- A jednak. Czuję przesyt. Po raz pierwszy pomyślałam w ten sposób rok temu, a później, gdy pomagałam ci urządzić mieszkanie, poczułam, że jestem w swoim żywiole. Może powinnam aranżować wnętrza? Tak czy owak, na razie nie palę za sobą mostów, po prostu pozostawiam kilka spraw w zawieszeniu.
- W zawieszeniu... - powtórzył za Bartmanówną niczym papuga i na chwilę pogrążył się w zadumie. - Zupełnie jak ja i Ada.
- Zibson, w tym przypadku pojęcie zawieszenia nie istnieje - zaoponowała. - Albo z kimś jesteś, albo nie.
- To co ja mam zrobić? - Spojrzał ufnie w identyczne zielone tęczówki. Kogo miałby poprosić o radę jak nie własną siostrę?
- A co czujesz?
- Niechęć, irytację, niepewność - wymieniał jak uczeń na języku polskim, zapytany o emocje podmiotu lirycznego. - Nie potrafię przekonać się do Ady, mimo że naprawdę się staram.
- Wobec tego odpowiedź na twoje pytanie jest prosta.
Zbyszek wcale tak nie uważał. Majchrzak nadal była jego narzeczoną i tego faktu mimo wszystko nie potrafił zignorować. Owszem, wtedy w Warszawie oddałby wiele, by móc uwolnić się od niej raz na zawsze, ale gdy emocje opadły, zatliła się w nim nadzieja, że wciąż nie „poznał” blondynki od tej lepszej strony. Nie chciał działać pod wpływem chwili i tylko dlatego, że jego własna pamięć ciągle nie odkryła przed nim pozostałych kart przeszłości.
- O rany, od kiedy twój tok rozumowania jest taki złożony! - Zachichotała Kaśka. - Analizę SWOT jeszcze sobie rozpisz.
- Dowcipkuj sobie, dowcipkuj, smarku jeden. - Zmrużył oczy i popatrzył na nią z politowaniem. - Czy to źle, że rozważam wszystkie za i przeciw?
- Filozofowanie zostaw filozofom – odparowała. – Przestań zastanawiać się nad przeszłością i skup na tym, co jest tu i teraz. Nikt nie da ci gwarancji, że przypomnisz sobie to, czego jeszcze nie zdołałeś sobie przypomnieć. Potraktuj tę sytuację jak szansę na coś nowego. I nie rób niczego wbrew sobie.
Słowa dziewczyny brzmiały przekonująco. Niby dlaczego ma się do czegokolwiek zmuszać, dostosowywać i czekać na utracone wspomnienia jak na zbawienie? Powinien przyjąć rzeczywistość taką jaka jest i zacząć wszystko od początku, z „prawie” czystą kartą. Musi tylko jak najszybciej skontaktować się z Adą i w miarę bezboleśnie dla obydwu stron wyplątać się z tego dziwnego układu. A rodzice? No cóż, przeżyją utratę potencjalnej synowej, którą podobno tak polubili. Ewentualnie obrażą się na amen i go wydziedziczą, do czego byłby zdolny szczególnie ojciec, bo przecież mama i tak niezależnie od wszystkiego będzie jeździć do niego ze słoikami.
- Czyli mogę tutaj zostać? – zapytała Kaśka, podnosząc się z miejsca i zerkając na cyferblat zawieszonego na ścianie zegara. – Nigdy nie wiadomo, kiedy będziesz potrzebować kolejnej złotej rady, która odmieni twoje życie.
- Jasne. Ktoś przecież musi gotować mi obiady, sprzątać mieszkanie i prać skarpetki – odpowiedział w tym samym ironicznym tonie.
- Mam ci jeszcze znaleźć pomoc domową? Wiedziałam, że twoja dobroduszność nie bierze się znikąd.
Jeszcze kilka lat temu drobne uszczypliwości, którymi raczyło się rodzeństwo, nie były przejawem przekomarzania się. Kaśka była dla Zbyszka denerwującą młodszą siostrą, natomiast samą pannę Bartman mierziła wyższość z jaką traktował ją starszy brat. Na poprawę ich relacji rzutował nie tylko upływ czasu, ale i wydarzenia, które sprawiły, że na nowo zbliżyli się do siebie.
- Mówiłaś coś o stłuczce – zmienił temat, chcąc choć na moment odwrócić uwagę od rozważań na temat Majchrzak.
- To nic takiego. – Wzruszyła ramionami. – Z dużej chmury mały deszcz. A z kierowcą umówiłam się na kawę.
Brunet pokiwał głową, ale wyraz jego twarzy nie wskazywał, by dotarło do niego jakiekolwiek ze słów, które przed chwilą padły. Nagle wyciągnął szyję, a jego dłonie powędrowały w okolice wyraźnie zarysowanej szczęki.
- Kaśka?
- No?
- Czy moja żuchwa przypomina… zderzak od Poloneza? *
Dziewczyna parsknęła śmiechem.
- Co takiego?
- Tak mi się coś przypomniało – przyznał z miną niewiniątka. – Więc jak?
Kaśka zlustrowała siatkarza krytycznym spojrzeniem.
- Od Poloneza nie… Ale do Ferrari też daleko.

* Vide Wspomnienie czwarte.

~ * ~
Pieprzyć to! - pomyślała Selene, publikując rozdział, w którym brakuje jednej sceny. Co prawda była ona typową, niewiele wnoszącą zapchajdziurą, ale pasowała do kontekstu. Może zacznę od niej kolejny epizod, choć wątpię, bo usiłuję sklecić ją od ponad miesiąca i jestem na skraju wytrzymałości nerwowej.
Gdy zaczynałam przygodę z blogosferą, obiecałam sobie dwie rzeczy - nigdy nie zniknę bez słowa, zostawiając po sobie rozgrzebane opowiadania i zawsze będę kończyć to, co zaczęłam. Tak więc mogę zapewnić, że Wspomnienie lata doczeka się epilogu, aczkolwiek nie mam pojęcia, jak długo zajmie mi dobrnięcie do niego. Od ponad roku jest mi ze swoim pisaniem koszmarnie źle, nie jestem zadowolona z niczego, co przelewam na Worda i mam wrażenie, że po zakończeniu tej historii nie dam rady napisać już nic wielorozdziałowego. Chciałabym jednak spróbować swoich sił w onepartach, bo przymierzam się do nich już od dawna, ba, nawet założyłam bloga z myślą o publikowaniu krótkich form, ale zaproszę Was dopiero wtedy, gdy pojawi się tam coś konkretnego. Mam nadzieję, że jedna z miniatur (a może nie tylko jedna) poświęcona będzie Kaśce. Takie są plany. Oby na planach się nie skończyło.
Ten uczuć, gdy część trzecią masz rozpisaną niemal od A do Z, a w drugiej nadal coś zmieniasz, przemeblowujesz, wymyślasz nowe elementy i generalnie tkwisz w totalnym bałaganie. Tak bardzo nie chcę nic zepsuć.
Dobrze być tu znowu.
PS Dziękuję raz jeszcze za tak duży odzew pod poprzednim postem. Można powiedzieć, że powstało mini forum, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że o siatkówce zawsze warto rozmawiać :)

piątek, 19 sierpnia 2016

Czterdzieści i cztery?

W środę usiadłam do Worda i wypociłam nabrzmiały emocjami wywód, który po chwili usunęłam. Dziś, gdy minęło trochę czasu ponowiłam próbę, tym razem z chłodniejszą głową. Nie musicie tego czytać, jeśli nie macie ochoty, ale niech to sobie tutaj będzie, bo ja najzwyczajniej w świecie muszę się wygadać, okej?
Kiedy piłka po raz ostatni zderzyła się z podłożem, a po stronie Amerykanów zapanowała euforia, miałam jeden dylemat - nie wiedziałam czy jest we mnie więcej złości, czy smutku. Łukasz Kadziewicz przyznał (kto nie oglądał niech żałuje; dawno nie miałam okazji śledzić tak dobrego pomeczowego studia), że "siedzi zły", bo liczył, że nawet jeśli przegramy, to po wyrównanej walce i z podniesioną głową. I ja się z tym zgadzam w stu procentach. Śmiem twierdzić, że ten mecz niewiele różnił się od ćwierćfinału sprzed czterech lat. Bezradni my, rozpędzeni oni. Różnica jest jednak taka, że wtedy byliśmy rozbici po niespodziewanej porażce z Australią i świadomi, że naszą formę z Ligi Światowej szlag jasny trafił. A teraz? Teraz zagraliśmy po prostu źle i rzeczywistości nie da się zakłamać. Na myśl o drugim secie ogarnia mnie wściekłość. Tak, wściekłość. Nie trwoni się pięciopunktowej przewagi, gdy grasz o półfinał Igrzysk Olimpijskich. Mam wrażenie (pewnie nie tylko ja), że wraz z przewagą straciliśmy rezon i wiarę w zwycięstwo. A później było tylko gorzej. Nawet Michał był jakiś nieswój.
Spośród wszystkich drużyn, którym kibicuję nie ma dla mnie ważniejszej niż ta. Wiem, że siatkarze są tylko ludźmi, a nie robotami zaprogramowanymi na wygrywanie, ale jednocześnie jestem świadoma, że oprócz wsparcia potrzebne są także słowa krytyki. Matka krzyczy na swoje dziecko, jeśli na to zasłuży, ale czy to znaczy, że go nie kocha? To chyba najbardziej prymitywne porównanie na jakie mogłam się zdobyć, ale w pełni oddaje sytuację.
Była złość, teraz będzie smutek. Wypruwaliśmy żyły, żeby zdobyć kwalifikację, dokonywaliśmy rzeczy niemożliwych będąc o krok od przepaści i wierzyliśmy, że w Rio wynagrodzimy sobie wszystkie trudności, które napotkaliśmy w drodze na igrzyska. Ale sport jest bezlitosny, a ja czuję się podle, bo znów muszę patrzeć na łzy swojej drużyny.
Nie mamy zagrywki, nie mamy bloku, na rozegraniu bieda z nędzą, a Bartek nigdy nie będzie atakującym z prawdziwego zdarzenia - tego typu komentarze przewijały się wszędzie tam, gdzie dyskutowano na temat siatkówki. Owszem, ta reprezentacja ma wiele słabości, ale wielokrotnie udowadniała, że wszelkie statystyki i przewidywania można sobie wsadzić w buty, a każdy mecz jest osobną historią (i tutaj taka mała dygresja w związku z naszymi szczypiornistami i ich meczem ćwierćfinałowym: zasada numer jeden - nigdy nie wątpić w polskich piłkarzy ręcznych :)).
Marzenia o medalu musimy odłożyć na kolejne cztery lata, co jest zarówno przykre, jak i frustrujące, ale bawi mnie, że znów nazywa się tę reprezentację drużyną bez charakteru, zagłaskaną przez kibiców, którzy bezrefleksyjnie wybaczają jej każde potknięcie. [Może telewizja publiczna wkrótce zrealizuje następny reportaż na miarę "Anatomii porażki".] W tym meczu charakteru zabrakło, ale gdybyśmy byli go zupełnie pozbawieni, 10 stycznia 2016 roku w Berlinie nie dokonalibyśmy czegoś na miarę siatkarskiego cudu. A hejterów wbrew pozorom nie brakuje, sama mam jednego w domu. ;)
Tak jak zawsze pojawia się pytanie co dalej. No właśnie, co dalej? Za cztery lata znaczna większość siatkarzy stanowiących o sile obecnej kadry będzie w wieku 30+, a w stosunku do "młodych gniewnych" zdaje się obowiązywać zasada ograniczonego zaufania. No i co ze Stefanem? Powinien czy nie powinien zostać? Nie ulega wątpliwości, że pewna formuła uległa wyczerpaniu. Jeśli chcemy robić postępy, musimy coś zmienić, a doświadczenie pokazuje, że znaczna większość trenerów podąża z góry wytyczoną przez siebie ścieżką i nie zwykła rezygnować ze swej filozofii nawet wtedy, gdy przestaje się ona sprawdzać. Jeżeli dojdzie do roszady na stanowisku selekcjonera, potrzebny będzie ktoś z porządnym warsztatem i pomysłem na grę. Bo ta drużyna nadal może, ba, powinna mierzyć wysoko.
Ponieważ nie potrafię kibicować innym reprezentacjom dłużej niż przez czas trwania danego meczu, jest mi doskonale wszystko jedno kto zdobędzie złoto. Mam jedynie cichą nadzieję, że finał okaże się równie porywającym widowiskiem jak ten w Londynie.

sobota, 9 kwietnia 2016

Epizod ósmy, czyli: Nie dość, że dręczy pani pacjentów, to jeszcze zniechęca do siebie dzieci.

- Natychmiast kup mi ten traktor!
Patrząc na małego Mateusza, w pewnych kręgach nazywanego Koszmarnym Karolkiem, można było odnieść wrażenie, że Jędrzej Fabiański wciąż nie znalazł złotego środka w kwestii wychowywania własnych pociech. Zbyt duża swoboda i pobłażliwość były równie nieskuteczne co ojcowska dyktatura, czemu dowodziły przypadki Bereniki i wspomnianego wyżej czterolatka, który właśnie testował cierpliwość swoich rodziców, krzycząc na tyle głośno, że pozostali klienci jednego ze sklepów z zabawkami znajdującego się w rzeszowskiej galerii odwracali głowy w ich kierunku. Jedynie szesnastoletni obecnie Miłosz zdołał wyłamać się z tej konwencji. Bystry, rezolutny i wszędobylski, ale jednocześnie ułożony i niesprawiający większych problemów.
- Dostałeś prawie taki sam na urodziny - przekonywała Aleksandra, ukradkiem zerkając z niezadowoleniem na Jędrzeja. Kłopoty z niedającym się ujarzmić synem nie pozostawały bez wpływu na ich małżeństwo, a niekończące się kłótnie i wzajemne pretensje stały się nieodłącznym elementem codzienności państwa Fabiańskich. Kobieta czasami przyłapywała się na myśleniu o tym, że nigdy nie zdecydowałaby się na dziecko, wiedząc jak trudnym przypadkiem okaże się Mateusz. Zawsze uważała się za dobry materiał na matkę, toteż długo namawiała piętnaście lat starszego Jędrzeja na potomstwo. Doktor Fabiański, pomny doświadczeń z dwójką dzieci z pierwszego małżeństwa, początkowo odnosił się sceptycznie do pomysłu Aleksandry, jednak ostatecznie uległ jej namowom.
- Chcę ten traktor! - Argument matki zupełnie nie przemawiał do świadomości czterolatka, który zaakcentował swoją wypowiedź efektownym tupnięciem.
- Synku, innym zabawkom będzie smutno, jeżeli go stąd zabierzemy...
- Nieprawda! Chcę ten traktor! - powtarzał z uporem maniaka, wskazując palcem upatrzoną zabawkę.
- Po cholerę go tutaj przyprowadzałeś! - syknęła z wściekłością w kierunku męża. - Przecież wiesz, że każda wizyta w sklepie z zabawkami kończy się tak samo.
- A co innego miałem zrobić? - Wzruszył ramionami i uniósł ręce w obronnym geście. - Widziałaś, że się nudzi.
- Traktor, traktor, traktor! - Usłyszeli po raz kolejny.
- Uspokój się! Nie dostaniesz żadnego traktora! - podniosła głos na chłopca, lekko potrząsając go za ramię. Malec wybuchnął głośnym płaczem. Określenie go mianem małego dyktatora nie było zupełnie bezpodstawne; mając zaledwie cztery lata zdołał owinąć sobie wokół palca oboje rodziców, co ochoczo wykorzystywał przy każdej nadarzającej się okazji. - Zrób coś, bo zaraz oszaleję! - zwróciła się do Jędrzeja, który od początku zachowywał podejrzany i nieadekwatny do sytuacji stoicki spokój.
- Doprawdy, nie rozumiem, skąd u niego takie zamiłowanie do maszyn rolniczych - odparł znudzonym tonem. - Może po prostu kupmy mu ten traktor i będzie święty spokój.
- Nie mam zamiaru znowu ulegać jego histerii - zapewniła twardo, choć sama nie wierzyła we własne deklaracje. Wszystko wskazywało na to, że przeceniła swoje rodzicielskie możliwości, o czym przekonywała się na każdym kroku.
- Masz jakiś inny pomysł? Doskonale wiesz, że potrafi tak wyć przez kilka godzin. Berenika sobie z nim nie poradzi.
- Nie ona pierwsza i nie ostatnia - mruknęła pod nosem, ale krzyczący wniebogłosy Mateusz skutecznie zagłuszał wszelkie inne dźwięki. - Dobrze! Dostaniesz ten cholerny traktor - powiedziała donośnym, choć pełnym rezygnacji głosem, w myślach przeklinając się za uległość i bezsilność wobec niefrasobliwości syna, będącej w kontekście dzisiejszej sceny zdecydowanie zbyt łagodnym określeniem. Chłopiec w mgnieniu oka umilkł, jakby ktoś odłączył mu zasilanie, a po dziecięcej twarzyczce zaczął błąkać się triumfalny uśmieszek. Zmierzając do kasy, Aleksandra ze wstydem wyobrażała sobie, jak beznadziejnymi rodzicami muszą być wraz z Jędrzejem w oczach ludzi, którzy z takim zainteresowaniem przyglądali im się w ciągu ostatnich kilku minut.
- Jesteś z siebie zadowolony?
- Nie jestem, ale tylko w taki sposób mogliśmy go dzisiaj uspokoić.
Po opuszczeniu sklepu z zabawkami państwo Fabiańscy udali się do kawiarni, by móc we względnym spokoju poczekać na Berenikę. Zaabsorbowany nową zabawką Mateusz nie zwracał uwagi na otoczenie, więc zyskali chwilę ciszy, zmąconej jedynie przez charakterystyczny dla każdej galerii gwar i zgiełk.
- Z a w s z e uspokajamy go w ten sposób - zauważyła Aleksandra. - Kiedyś wierzyłam, że z tego wyrośnie, ale z każdym rokiem jest coraz bardziej nieznośny. To nie jest normalne, Jędrzej. Nie możemy pozwolić, żeby rządził nami czterolatek. Dlaczego nie potrafisz być tak zdecydowany jak niegdyś w przypadku swojej córki?
- Każde dziecko jest inne. To, co sprawdza się w przypadku jednego, niekoniecznie okazuje się skuteczne w przypadku drugiego - wyjaśnił obojętnie. - O proszę, o wilku mowa - uciął dyskusję i skupił wzrok na zmierzającej w ich kierunku brunetce. Poprzednio Berenika stanowczo odmówiła opieki nad bratem, ale ponieważ tym razem babka Anastazja wymówiła się niecierpiącą zwłoki wizytą Teofila u weterynarza, była zmuszona ulec namowom Fabiańskich. Dziewczyna skinęła ojcu na powitanie i wymieniła chłodne spojrzenia z Aleksandrą. Obiektywnie rzecz biorąc, nowa żona kardiologa nie zasługiwała na wrogość z jaką była przez nią traktowana i być może w innych okolicznościach udałoby im się znaleźć wspólny język, ale pielęgniarka nie potrafiła zdobyć się ani na odrobinę ciepłych uczuć wobec kobiety, która zajęła miejsce jej matki. Z podobnym dystansem traktowała również ojca. Właściwie nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni nazwała go tatą. Zazwyczaj zwracała się do niego bezosobowo, zupełnie jakby jedno z najprostszych słów na świecie nie mogło przejść jej przez gardło.
- Zobacz, Mateuszku, przyszła Nika. - Aleksandra usiłowała oswoić Koszmarnego Karolka z obecnością siostry, by ich pożegnaniu nie musiał towarzyszyć kolejny atak histerii. - Zostaniesz z nią przez kilka godzin, cieszysz się?
- Chcę siku - ozwał się chłopiec, niechętnie podnosząc wzrok na Berenikę. Żona Jędrzeja wstała i chwyciwszy syna za rękę, bez słowa zaprowadziła go do toalety. Ojciec i córka zostali więc sami, co nie było dla nich zbyt komfortową sytuacją.
- Gdyby coś się działo, dzwoń. - Rzeczowy ton doktora Fabiańskiego nie pozostawiał wątpliwości co do napiętych stosunków między nimi.
- Jak do ojca czy kardiologa?
- Nie rozumiem. - Obrzucił córkę badawczym spojrzeniem znad okularów połówek.
- Sam jego widok przyprawia mnie o migotanie przedsionków.
- Ja wychowywałem cię osiemnaście lat i jakoś jeszcze żyję - odbił piłeczkę, tym samym zbijając ją z tropu. Brunetka jednak szybko odzyskała rezon, nie powstrzymując się przed wbiciem mu kolejnej szpilki.
- A po osiemnastu latach znalazłeś sobie lepsze zajęcie...
Wymiana zdań Fabiańskich niechybnie zakończyłaby się kłótnią, gdyby nie powrót Aleksandry i Mateusza. Niedługo potem Berenika została sam na sam z małym, szczerbatym i płowowłosym potworkiem, którego wyraz twarzy nie zwiastował nic dobrego.
- I tak cię nie lubię! - fuknął malec, łypiąc na nią złowrogo.
- To świetnie, bo ja ciebie też nie - odparła beztrosko i pociągnęła go w stronę jednego z dyskontów spożywczych, uświadomiwszy sobie, że w jej lodówce króluje światełko. Chcąc mieć nad bratem większą kontrolę, zafundowała mu przejażdżkę sklepowym wózkiem, pilnując by w jej trakcie nie wyciągał rąk po przypadkowe produkty. Krążyła między półkami, konsekwentnie omijając dział ze słodyczami, który i tak nie został niezauważony przez jej małego towarzysza. Prawdziwy raj dla dzieci. I okazja do nowych prób stawiania oporu całemu światu, w imię zaspokajania własnych potrzeb. Berenika zastanawiała się, dlaczego Jędrzej i Aleksandra znów zrzucili ciężar opieki nad Mateuszem na nią i babkę Anastazję, motywując swoją prośbę kolejnym pilnym wyjazdem. Babka przebąkiwała coś o terapii małżeńskiej, chociaż zdaniem brunetki o wiele lepszym rozwiązaniem byłaby wizyta Koszmarnego Karolka u psychologa dziecięcego. Ale to nie była jej sprawa i nie miała zamiaru się wtrącać.
- O nie, mój drogi, wypadną ci wszystkie zęby i już nigdy nie odrosną - pouczyła brata, przybierając poważny wyraz twarzy i odłożyła na miejsce przemyconą przez niego dużą czekoladę z orzechami i karmelem. - Będziesz nosił sztuczną szczękę jak babka Anastazja.
- Ale ja chcę tą* czekoladę! - upierał się młody, nie zważając, że tym razem trafił na bardziej opornego w spełnianiu jego zachcianek przeciwnika.
- Czy ty nie znasz innych słów poza chcę, daj i kup? Ja też bym chciała wiele rzeczy, gwiazdkę z nieba na przykład.
I innego sąsiada, dodała w myślach.
- Mama by mi kupiła! - Nieśmiertelny argument, który w trakcie podobnych dyskusji padał niemal zawsze.
- Ale ja nie jestem twoją mamą. Na szczęście. - Obcowanie z najmłodszym członkiem rodziny Fabiańskich utwierdzało Berenikę w przekonaniu, że sama nie powinna nigdy mieć dziecka. Kto wie, co by z niego wyrosło.
Do końca zakupów Mateusz nie odezwał się do Bereniki ani słowem, siedząc w wózku z naburmuszoną miną i założonymi rękami, co bez wątpienia było stokroć lepsze od weryfikowania wydajności strun głosowych. Po odejściu od kasy dziewczyna postawiła go na ziemi i zajęła się pakowaniem sprawunków do płóciennej ekotorby, zupełnie nie zaprzątając sobie nim uwagi. I to był błąd, bo w tym czasie w jej przyrodnim braciszku najprawdopodobniej zaczęła dojrzewać decyzja o samotnym zwiedzaniu galerii.

* * *

Zbyszek nie potrafił ubrać w słowa uczucia lekkości, które zagościło w nim od czasu pamiętnej wizyty na Podpromiu. Wprawdzie nadal jego wspomnienia w niektórych miejscach przypominały rozsypaną układankę z brakującymi elementami, ale coraz mocniej wierzył, że chaos w głowie będzie stopniowo ustępował miejsca porządkowi. Rzeczą, na której chwilami zależało mu nawet bardziej niż na całkowitym odzyskaniu pamięci, był powrót na boisko. Bartman wręcz palił się do gry, jednocześnie zdając sobie sprawę, że również i w tym przypadku powinien uzbroić się w cierpliwość, by wszystko mogło przebiec zgodnie z planem. Najpierw lekkie ćwiczenia na siłowni i zajęcia z piłką, dopiero później siatkówka w pełnym znaczeniu tego słowa. Chciał pomóc drużynie w walce o obronę tytułu mistrzowskiego i miał nadzieję, że wkrótce dostanie taką możliwość.
Mimo pełnej świadomości własnego ja i zainteresowania jakie wzbudzał, ilekroć znalazł się poza bezpiecznymi czterema ścianami rzeszowskiego mieszkania, pewne sytuacje wciąż powodowały w nim popłoch. Wychodząc z domu ukrywał się pod czapką i ciemnymi okularami, które kompletnie nie pasowały do panującej pory roku oraz zaprzeczał niemal za każdym razem, gdy ktoś rozpoznał w nim tego Zbigniewa Bartmana. Nie przypuszczał jednak, że tym razem jego spokój postanowi zakłócić nie natrętna fanka, lecz kilkuletni dzieciak, który z impetem zderzył się z nim, próbując wydostać się poza teren galerii. Spryciarz próbował go wyminąć, ale Zbyszek w ostatniej chwili pokrzyżował mu plany, pociągając go za kaptur bluzy.
- Hej, młody, a ty dokąd się wybierasz? Gdzie są twoi rodzice? - zapytał, kucając przed maluchem i odsuwając go od siebie na odległość ramienia. Przypuszczał, że wykorzystując chwilę nieuwagi swoich opiekunów postanowił wyruszyć na spacer po galerii, co nie zmienia faktu, że nie miał na sobie ani kurtki, ani czapki i istniało duże prawdopodobieństwo, że wydostawszy się na zewnątrz, skierowałby swoje kroki w stronę ruchliwej ulicy, a to nie skończyłoby się dobrze.
- Gdzie są twoi rodzice? - powtórzył pytanie, które po chwili wydało mu się pozbawione sensu. To oczywiste, że nie wiedział i z pewnością nie potrafiłby wrócić do punktu wyjścia.
- Poszli sobie - odparł z zaciętą miną.
- Jesteś tutaj sam?
- Nie.
- A z kim?
- Z Niką. - Chłopiec nie należał do zbyt otwartych rozmówców, ale mimo to siatkarz usiłował wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji.
- Kim jest Nika?
- To moja siostra.
- Zgubiłeś ją?
- Nie.
- Nie?
- Uciekłem! - przyznał z nieskrywanym zadowoleniem.
- Dlaczego uciekłeś? - dociekał brunet.
- Bo ona jest głupia! - Ściągnął gniewnie brwi, a jego słowa zabrzmiały niczym skarga.
- Ale na pewno się o ciebie martwi, a małe dzieci nie powinny być tutaj same - tłumaczył ze spokojem. - Musimy odnaleźć twoją siostrę. Pamiętasz, gdzie widziałeś ją po raz ostatni?
- Nie chcę jej szukać! Nie lubię jej! I babci Atanazji** też nie!
W głowie Bartmana mimowolnie zaczął tworzyć się nieciekawy obraz siostry chłopca, choć równocześnie zdawał sobie sprawę, że dzieciaki lubią wyolbrzymiać, zwłaszcza wtedy, gdy coś nie idzie po ich myśli. Gorączkowo szukał więc sposobu na zmianę nastawienia małego uciekiniera.
- Posłuchaj, młody - odezwał się, szukając z nim kontaktu wzrokowego. - Rozejrzymy się tutaj trochę, a ty w tym czasie wszystko mi opowiesz. Kiedy znajdziemy twoją siostrę, postaram się z nią porozmawiać, zgoda?
Malec przytaknął po dłuższym namyśle, a Zibi odetchnął z ulgą. Negocjacje zakończyły się pomyślnie. Prowadząc chłopca w losowo wybranym kierunku i każąc mu rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu tajemniczej Niki, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że podobna sytuacja miała już kiedyś miejsce.

* * *

Wraz z nieubłaganie upływającym czasem rosła wściekłość Bereniki. Dziewczyna przemierzała korytarze centrum handlowego, taszcząc ze sobą ciężką torbę z zakupami i pytając przypadkowe osoby o małego blondwłosego cherubinka, ale jak dotąd nie spotkała nikogo, kto mógłby naprowadzić ją na konkretny trop. Jakże się myliła mając nadzieję, że tym razem Koszmarny Karolek nie wywinie jej żadnego numeru! Już ona się z nim policzy, niechaj tylko go dorwie!
Fabiańska odruchowo przypomniała sobie słowa ojca, który prosił o kontakt w razie nieprzewidzianych okoliczności. Cześć, ojciec, zgubiłam ci dzieciaka, ale wszystko pod kontrolą. Tak, na pewno chciałby to usłyszeć. Kiedy już miała podejść do dwóch znudzonych panów ochroniarzy, z całą pewnością nie mogących narzekać na nadmiar obowiązków, kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyła dwie znajome postacie. Jedną z nich była bezowocnie poszukiwana od kilkunastu minut zguba, a drugą jej ulubiony sąsiad. Najwyraźniej miał szczęście do znajdowania jej braci, jeśli wziąć pod uwagę sytuację sprzed ośmiu lat. Oby tym razem nie oczekiwał żadnego rewanżu.
Berenika przyspieszyła kroku, by znów nie stracić z oczu małego uciekiniera, a znalazłszy się dostatecznie blisko, wykrzyknęła jego imię. Obaj panowie odwrócili się jak na komendę, a starszy z nich pochylił się nad młodszym i wyszeptał mu coś do ucha, na co ten drugi pokiwał twierdząco głową.
- Witam drogą sąsiadkę. - Malujące się na Bartmanowej twarzy zdumienie w okamgnieniu zostało stłumione przez złośliwy uśmieszek. - Muszę przyznać, że mam obawy przed oddaniem tego oto smyka w pani ręce. - Przygarnął do siebie Mateusza, który jak zwykle lustrował swoja siostrę bazyliszkowym spojrzeniem. - Nie wyrażał się o pani zbyt pochlebnie.
- To działa w obie strony, ale jeśli tak bardzo przejmuje się pan losem mojego brata, to nie widzę przeszkód, by został pan jego kolejną opiekunką - odgryzła się Fabiańska. - Uprzedzam jednak, że to krótkoterminowe zajęcie i skutkuje trwałym uszczerbkiem na psychice.
- Wygląda na to, że o wiele lepiej znam się na siatkówce, więc nie skorzystam z propozycji, chociaż nie ulega wątpliwości, że Mateuszem powinien zajmować się ktoś inny. Nie dość, że dręczy pani pacjentów, to jeszcze zniechęca do siebie dzieci - odparował, nie szczędząc kpiarskiego tonu, co zostało odebrane przez Berenikę w kategoriach kolejnej prowokacji mającej na celu wyprowadzenie jej z równowagi. Bartman irytował ją swoimi niewybrednymi komentarzami, które sprawiały mu nie lada satysfakcję.
- Nie przypominam sobie, by którykolwiek z pacjentów się skarżył. Oczywiście oprócz pana. - Skrzywiła się z niesmakiem. - Może zasłużyłby pan na ładne podziękowania za odnalezienie Mateusza, gdyby znów tak bardzo nie świerzbił pana język.
- Ale przecież to tylko żarty, a my się lubimy, czyż nie? - Mrugnął porozumiewawczo. - Z sąsiadami należy żyć w zgodzie, pamięta pani?
- To chyba nie do mnie powinny być kierowane pytania o pamiętanie czegokolwiek. - Zmrużyła szyderczo oczy, znów nie potrafiąc powstrzymać się od ironicznych uwag na temat jego amnezji. - A teraz pozwoli pan, że się pożegnam. Nie będziemy więcej zabierać pańskiego czasu, prawda Mateusz? - Zbliżyła się do chłopca, chcąc chwycić go za rękę, ale napotkała na opór z jego strony.
- Nie idę z tobą! Chcę zostać ze Zbyszkiem!

* * *

Nawigacja GPS była jedną z nieodłącznych części samochodowego wyposażenia Kaśki. Dziewczyna od zawsze miała problemy z orientacją w terenie, zatem rzadko wyruszała w długie i samotne podróże autem. Nie miała pojęcia, dlaczego w nieznanych miejscach czuła się bardziej bezradna niż dziecko we mgle, a odnalezienie drogi do celu zajmowało jej znacznie więcej czasu niż powinno. Podobne trudności sprawiało jej wytłumaczenie trasy komuś innemu, więc biada każdemu zagubionemu przechodniowi, który postanowił poprosić ją o pomoc, bo nawet z najprostszej drogi potrafiła uczynić labirynt nie do przejścia.
Pierwsza podróż z Warszawy do Rzeszowa, kiedy to jechała w odwiedziny do przebywającego w szpitalu braciszka, była koszmarem. GPS zaczął wariować w Ostrowcu Świętokrzyskim, a gorączkowe oglądanie mapy samochodowej z każdej możliwej strony zapowiadało niechybną katastrofę i niewiele brakowało, by Bartmanówna zawróciła do stolicy, pokonana przez polskie drogi i własne nierozgarnięcie. Szczęśliwym zrządzeniem losu spotkała jednak kierowcę, który również wybierał się do stolicy Podkarpacia i zaproponował podążanie za nim. Po trudach i znojach dotarła do Rzeszowa, co jednak nie było równoznaczne z końcem jej problemów, bo przecież trzeba było jeszcze znaleźć szpital... Kuriozalna sytuacja.
Po kilku tygodniach Kaśka znów stanęła przed wyzwaniem dostania się do tego samego miasta. Podążając po raz drugi identyczną trasą czuła się o wiele pewniej, dlatego też liczyła, że tym razem żadne niespodziewane zdarzenie tudzież złośliwość rzeczy martwych nie staną jej na przeszkodzie w szczęśliwym dotarciu do celu. Pokonywała kolejne kilometry, wsłuchując się w głos nawigacji oraz charakterystyczny warkot silnika i nie chcąc, by natrętne myśli znów wdarły się do jej umysłu. Ostatnio zdecydowanie zbyt wiele rozmyślała o słuszności powziętych przez siebie decyzji, które sprawiły, że jej dalsze plany na przyszłość uległy radykalnej zmianie. Jedną z nich miało być porzucenie ukochanej Warszawy na rzecz stolicy Podkarpacia. Nie ulega wątpliwości, że dokonała wyboru tej miejscowości ze względu na Zbyszka, ale nawet i ten argument nie przemówił do jej ojca, który określił swoją córkę mianem niedojrzałej emocjonalnie gówniary, która zachłysnęła się dorosłością. Gdyby tylko ten matoł raczył odebrać telefon... Nie ojciec, tylko Zbigniew, rzecz jasna. Z szanownym ojczulkiem na razie nie miała ochoty wdawać się w dyskusję.
Ktoś mógłby wysnuć przypuszczenie, że podobnie jak starszy o trzy lata brat hołdowała ciągłej potrzebie zmian, nie znosiła stagnacji i monotonii, była niespokojną duszą, która ciągle potrzebowała nowych wyzwań i bodźców napędzających do działania, ale to nie była do końca prawda. Chaos kontrolowany - to określenie najlepiej oddawało naturę tej pełnej sprzeczności dziewczyny.
Drogowskaz oznajmujący dotarcie do stolicy Podkarpacia sprawił, że panna Bartman mimowolnie wydała z siebie westchnienie ulgi. Teraz wystarczyło jedynie modlić się, by nawigacja właściwie pokierowała ją pod wskazaną ulicę i marzenia o podróży bez katastrofy staną się rzeczywistością. Pewne przysłowie nakazuje jednak nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale o tym Kaśka przypomniała sobie dopiero wtedy, gdy przez jej nieuwagę ucierpiał tył jadącego przed nią samochodu.
- Kurwa mać - wyrwało się z ust Bartmanówny. - Po prostu zajebiście.
Zjechała na pobocze, co również uczynił poszkodowany i powoli wysiadła z auta, przygotowując się na nieprzyjemną konfrontację z rozwścieczonym kierowcą. Istotnie, mężczyzna nie wyglądał na zachwyconego zaistniałą sytuacją.
- Najmocniej pana przepraszam. Boże, ale ze mnie niezdara. Pewnie powie pan, że jestem kolejną kobietą, która nie powinna wsiadać za kierownicę, a jeździć uczył mnie Stevie Wonder. - Kaśka pod wpływem stresu zazwyczaj trajkotała jak najęta. - Przyznaję, że egzamin praktyczny zdałam dopiero za czwartym razem, ale to dlatego, że trafiłam na wyjątkowo wrednego egzaminatora, który czepiał się pierdół. Nieważne. Jeszcze raz bardzo przepraszam i zapewniam, że pokryję wszystkie koszty wyrządzonej szkody. Co do złotówki. - Zakończyła słowotok, w napięciu oczekując na wybuch złości mężczyzny, jednak jego reakcja okazała się diametralnie różna od tej, której oczekiwała. Rysy twarzy nieznajomego złagodniały, a on parsknął śmiechem, tym samym wprawiając dziewczynę w konsternację, po czym odezwał się po angielsku:
- Byłbym wdzięczny, gdyby pani powtórzyła, bo jedyne, co zrozumiałem to przepra-szam - wydukał łamaną polszczyzną - i Stevie Wonder.
Tym lepiej dla mnie, pomyślała z ulgą i rozluźniła zesztywniałe mięśnie.
- Chciałam tylko powiedzieć, żeby nie martwił się pan o formalności i koszty, bo wszystkim się zajmę. I nie, Stevie Wonder nie był moim instruktorem jazdy.
Teraz roześmiali się oboje.
- Myślę, że uda nam się jakoś dojść do porozumienia, zresztą proszę zobaczyć, to wcale nie wygląda tak źle. - Ukucnął i przejechał dłonią po wgnieceniu.
- I tak w myślach zdążył pan mnie zamordować co najmniej sto razy, mam rację?
- Tylko dziewięćdziesiąt dziewięć, w setnej próbie przeszkodziło mi pani pytanie - odparł figlarnie. Kąciki ust Bartmanówny mimowolnie powędrowały do góry. - Czy mógłbym poznać imię nowego pirata drogowego, siejącego postrach na rzeszowskich ulicach? Chyba powinienem ostrzec przed panią kolegów.
- Kasia. - Wyciągnęła dłoń w kierunku mężczyzny, na chwilę zapominając, jak bardzo nie lubi tego zdrobnienia. - A właściwie Kaśka.
- Jochen. Może mi pani nie wierzyć, ale naprawdę bardzo mi miło.

* Błąd celowy.
** Jak wyżej.

~ * ~
*Finally wrote a fucking chapter*
Dobry wieczór. Czy ktoś jeszcze pamięta Berenikę i Zbyszka?
Miałam wrócić w lutym, pojawiam się w kwietniu. Brawo ja. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebowałam tej przerwy, choćby po to, by powrócił głód pisania. Znacie to uczucie, gdy robicie wszystko, by się nie uczyć? Wymyślacie sobie milion różnych zajęć, zamiatacie pustynię, etc.... Dokładnie tak samo miałam z pisaniem tego rozdziału i uwierzcie, iż chwilami myślałam, że w ogóle go nie skończę. Był przeszkodą nie do pokonania, przez którą nie mogłabym przystąpić do realizacji kolejnych pomysłów. No właśnie, pomysły... Może w tym momencie to zabrzmi jak szaleństwo, ale... CHCIAŁABYM NAPISAĆ CZĘŚĆ TRZECIĄ. Jej wizja prześladuje mnie od listopada, staje się coraz bardziej jasna i klarowna, i chyba nie zaznam spokoju, dopóki nie przeleję jej na Worda. Ale to pieśń przyszłości; na razie mamy pisany prawie dwa miesiące rozdział, który jest półprzejściówką, kolejną okazją na tak zwane "stwarzanie sytuacji" między głównymi bohaterami i nie urywa absolutnie niczego. Czasami chciałabym wszystko przyspieszyć, by nie zapisywać na swoim koncie kolejnego frustrogennego tasiemca, ale jednocześnie wiem, że nie powinnam popadać w skrajności i cierpliwie budować relację między postaciami, która z całą pewnością do łatwych nie należy i nieustannie przeżywa swoje wzloty i upadki. Tyle ode mnie na dziś. Nie wiem, czy od teraz będę wpadać tutaj regularnie, ale bardzo bym tego chciała. Wyjdzie w praniu. Dziękuję tym z Was, które poczekały. I witam serdecznie nowe czytelniczki :)
PS. Byłabym zapomniała. Dziękuję za wszystkie nominacje do Liebster Award, odpowiedzi znajdują się tutaj.

niedziela, 14 lutego 2016

No i gdzie jest ten cholerny rozdział? Nie ma go i nie ma!

Wyobrażam sobie, że niektóre z Was wypowiadały w myślach podobną formułkę za każdym razem, gdy odwiedzały tego bloga w poszukiwaniu nowości. Postanowiłam więc wpaść i zakomunikować, że jestem, żyję i nie zapomniałam o opowiadaniu, po prostu musiałam rozprawić się z sesją, o czym zresztą uprzedzałam pod poprzednim rozdziałem. Jako że od kilku dni trwa moja przerwa międzysemestralna, miałam nawet w planach pojawić się z epizodem ósmym w ten weekend, ale kilkutygodniowe rozstanie z Wordem nieco wybiło mnie z rytmu, więc potrzebuję jeszcze odrobinę czasu, by wrócić na właściwe tory. Kiedy zatem można spodziewać się ósemki? Myślę, że w przyszły weekend. [UPDATE 21.02.: Myśleć to ja sobie mogę, niestety. Zamordujecie mnie, ale jeszcze nie skończyłam nowego rozdziału i naprawdę nie mam pojęcia, czy uda mi się to dzisiaj zrobić. Rany, jestem jak politycy i ich obietnice wyborcze... Dlatego nie składam już żadnych deklaracji terminowych, rozdział będzie jak się napisze, o. A napisze się na pewno, choćbym miała nabawić się zespołu cieśni nadgarstka od ciągłego stukania w klawiaturę, tylko jeszcze nie wiem kiedy. :)] Nie mam co prawda pojęcia, czy nie straciłyście cierpliwości, ale jeżeli nie, to dziękuję za wytrwałość. I przepraszam, bo jednak trochę mnie tutaj nie było.
Do napisania!

PS. Zostawiam Was z piosenką, której słuchanie od początku studiów jest jednym z moich sesyjnych rytuałów. Dlaczego właśnie ona? To dobre pytanie ;)


środa, 6 stycznia 2016

Epizod siódmy, czyli: Brawo Zbychu, makówka pracuje!

Co za ironia losu.
Prędzej uwierzyłaby, że w mieszkaniu straszy duch trzeciego męża babki Anastazji niż w to, że jej sąsiadem okaże się Bartman. Wszystko wskazywało na to, że facet był jak bumerang - ciągle wracał, nawet jeśli była święcie przekonana, że się go pozbyła. Tak było już od czasów lata w Sopocie - ileż to razy prosiła, błagała i groziła w nadziei, że zostawi ją w spokoju, a mimo to on uparcie szukał sposobu, by zwrócić na siebie jej uwagę, nierzadko stosując zagrania na poziomie szkoły podstawowej. Osiem lat później powtórnie pojawił się w jej życiu, jednak tym razem myślała, że wraz z dniem, w którym otrzymał wypis ze szpitala, widzi go po raz ostatni. I znów się pomyliła.
- Mamo, oddzwonię do ciebie. Cześć. - Zbyszek przedwcześnie zakończył rozmowę z rodzicielką, a na jego lico wpełzł cwaniacki uśmieszek. Berenika zmarszczyła czoło i wydęła wargi. Miała podły humor, jej włosy sterczały na wszystkie strony, najbardziej przykuwającym elementem pozbawionej makijażu twarzy były worki pod oczami, popiół z wypalającego się papierosa opadał na balkonowe płytki, a ona stała twarzą w twarz z facetem, którego miała już nigdy więcej nie spotkać.
- Ależ trzeba było kontynuować. Nieładnie tak przerywać w połowie rozmowy - zauważyła słusznie Berenika.
- Założyłem, że ma pani do mnie jakąś sprawę, ewentualnie dostrzegła coś interesującego na moim balkonie - odrzekł nie bez cienia złośliwości. - W ogóle to dzień dobry, mi również miło znów panią widzieć, pani... Bereniko, o ile mnie pamięć nie myli. - Bartman pozwalał sobie na coraz większą swobodę i nonszalancję, co niesamowicie irytowało Fabiańską.
- Dobrze, że pan dodał o ile mnie pamięć nie myli, bo w ostatnim czasie bywało z nią różnie. - Fabiańska ze wszystkich sił starała się dotrzymać kroku swojemu rozmówcy.
- O kimś takim jak pani nie sposób zapomnieć. - Pod wpływem słów atakującego Berenice mimowolnie zrobiło się gorąco. To oczywiste, że nie miał pojęcia kim jest, ale mimo to poczuła się dziwnie nieswojo. - Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że w pobliżu mieszka pomoc medyczna.
- Nie pracuję po godzinach - odparła mrukliwie i zacisnęła palce lewej dłoni na poręczy balustrady.
- Widać. - Zerknął wymownie na trzymanego przez nią papierosa. - Nie uważa pani, że służba zdrowia to dość... zakłamane środowisko? Jej przedstawiciele nakazują prowadzenie zdrowego trybu życia, trzymanie się z dala od wszelkich używek i karcą za niestosowanie się do zaleceń, a sami rujnują własne zdrowie, przy okazji zatruwając innych.
Francuski piesek się znalazł!, pomyślała z przekąsem Berenika. Od kiedy stał się takim zagorzałym przeciwnikiem palenia?
Dziewczyna już dawno odnotowała, że wypadek i będąca jego następstwem amnezja wydobyły ze Zbigniewa kolejne paskudne cechy. W trakcie pobytu w szpitalu stał się zrzędliwym pierdołą o mentalności emeryta, łatwo wpadającym w złość i lubiącym rozstawiać ludzi po kątach. Berenika nie miała zamiaru patyczkować się z nim tylko dlatego, że był TYM Bartmanem, potłukł sobie główkę i miał problemy z pamięcią, co niejednokrotnie prowadziło do różnego rodzaju spięć. Nie była służącą Zbyszka i miała w głębokim poważaniu jego muchy w nosie, zresztą nigdy nie potrafiła przesadnie rozczulać się nad pacjentami, przez co często zarzucano jej brak empatii.
Fabiańska sięgnęła po popielniczkę i zgasiła papierosa. Straciła ochotę na palenie, choć kusiło ją, żeby ostatni raz zaciągnąć się dymem, którym chuchnęłaby Zbyszkowi prosto w twarz. Dla zasady.
- Przepraszam pana i pańskie wrażliwe płuca, następnym razem będę zatruwać pelargonie sąsiadki. - Przykleiła na twarz sztuczny uśmiech, jednocześnie spostrzegając, że mimo oddzielającej ich balkony ściany, dystans między nimi niebezpiecznie się zmniejszył. I że wzrok bruneta jest odrobinę natarczywy.
- No proszę, jednak można się z panią dogadać. Bardzo mnie to cieszy, w końcu z sąsiadami należy żyć w zgodzie, prawda?

* * *

Panujący w pokoju mrok przełamywało światło niewielkiej lampki nocnej spoczywającej na szafce. Zbyszek leżał na wznak, podpierając głowę rękami i wpatrując się w sufit. Był zbyt zmęczony, by ruszyć się z łóżka, ale wciąż za mało, by mógł zmorzyć go sen. Jego myśli mimowolnie krążyły wokół tej "głupiej flądry", która najpierw skompromitowała go przed znajomymi z boiska, a później narobiła rabanu z powodu jednego niewinnego żartu. Być może właśnie dlatego miał problemy z zaśnięciem. Sąsiednie łóżko zajmował Michał. Siedział oparty o ścianę ze słuchawkami w uszach, kiwając głową w rytm muzyki sączącej się z discmana i pokonując kolejne poziomy jakiejś gry znajdującej się w jego telefonie. Nagle wyłączył odtwarzacz i odłożywszy komórkę, spojrzał w jego stronę.
- A ty co się tak gapisz na ten sufit? Gwiazdy liczysz?
- Pomyśleć nie można? - odpowiedział pytaniem na pytanie, na powrót zatapiając wzrok w białej powierzchni nad sobą.
- Panie i panowie, ZBYSZEK MYŚLI! - zawołał szatyn, ledwo tłumiąc chichot. - Trzeba ten dzień zapisać w kalendarzu i ustanowić świętem narodowym. Żeby tylko ci się zwoje nie przegrzały, myślicielu.
- Odwal się - burknął. - I wiesz co? Ten tekst był w stylu...
- Nowej Miss Mokrego Podkoszulka?
- Z ust mi to wyjąłeś. Uważaj, zołzowatość bywa zaraźliwa.
- Nie bardziej niż twoja rzekoma głupota - parsknął w odpowiedzi, za co oberwał poduszką w głowę. Taki właśnie był Michał. Niezastąpiony kompan do gry, browara i żenujących żartów, które nikogo poza nimi nie śmieszyły. - No i wszystko jasne! - Klasnął w dłonie. - Jakieś wnioski?
- Muszę znaleźć na nią sposób. - Wyraźnie ożywiony Bartman usiadł po turecku i zaczął lekko kiwać się na boki.
- No, to serwus geszeft. - Kubiak nie podzielał entuzjazmu swojego przyjaciela. - Założę się, że ta niezrównoważona idiotka...
- Naprawdę chcesz się założyć? - Wszedł mu w słowo i poderwał się z miejsca, obrzucając go wyzywającym spojrzeniem. Michał zrobił to samo, po chwili łącząc ich dłonie w silnym uścisku. 
- W sumie... Czemu nie? Jak wygram, kupujesz mi nowy odtwarzacz. Ten staruszek już ledwo zipie. - Wskazał na porzuconego w rogu łóżka discmana.
- A jak ja wygram - Bartman przywołał na twarz przebiegły uśmieszek - chętnie zobaczę cię w platynowym blondzie.


* * *

To było... dziwne. I nie, wcale nie chodziło o spotkanie z tą uszczypliwą, choć niezaprzeczalnie mającą w sobie coś interesującego Bereniką, ale kolejne wyrwane z kontekstu i nie dające się umieścić w konkretnej czasoprzestrzeni wspomnienie, które ni stąd, ni zowąd wdarło się do jego podświadomości. Będąc w szpitalu nie potrafił przypomnieć sobie zbyt wiele, dlatego każdy tego rodzaju urywek mógł być uznany za niewielki krok do przodu, jednak sęk w tym, że zlepek niepoukładanych fragmentów nijak nie dawał się ułożyć w ciąg logicznie uporządkowanych wydarzeń. Kolejność ich pojawiania się była przypadkowa, zupełnie jak podczas losowania totolotka, kiedy to kilkadziesiąt ponumerowanych kuleczek wpada do komory, decydując o czyjejś wysokiej wygranej. Cóż, najważniejsze, że nastąpiło zwolnienie blokady.
Podczas gdy Zbyszek dywagował nad irracjonalnością swojej sytuacji, ktoś postanowił złożyć mu wizytę. W pierwszej chwili Bartman przestraszył się, że znów będzie zmuszony tracić czas i energię na czcze dyskusje z Adą, chociaż jeśli wierzyć słowom matki, Majchrzak była zbyt obrażona, by w najbliższym czasie podejmować próby udobruchania zielonookiego. Być może nie mógłby nazwać siebie mistrzem taktu, ale wtedy czuł, że kompletnie stracił cierpliwość, a owijanie w bawełnę nigdy nie było w jego stylu. Pod tym względem był bliźniaczo podobny do Michała, który odwrócił się od niego z bliżej nieznanych mu powodów. To była rzecz, którą najbardziej chciał odnaleźć w czeluściach swojej pamięci, a co dostał w zamian? Głupie i niemające większego znaczenia wspomnienie młodzieńczego zakładu, zapewne jednego z wielu. Nawet nie wiedział, czy go wygrał. Zaraz, zaraz... Chyba gdzieś mignęło mu zdjęcie ufarbowanego na blond Kubiaka...
Zbyszek nie potrafił powstrzymać się przed cichym westchnieniem ulgi, ujrzawszy u progu swego lokum Krzyśka. Ze smutkiem stwierdził, że rzeszowski libero w zasadzie był jedyną osobą ze środowiska siatkarskiego, która naprawdę interesowała się jego losem. Igła regularnie odwiedzał go w szpitalu i utrzymywał z nim kontakt telefoniczny, a po ucieczce z Warszawy bez mrugnięcia okiem pomógł mu w rozwiązaniu problemów mieszkaniowych. No i nie przestraszył się jego amnezji, czego nie można było powiedzieć o pozostałych kolegach z boiska. Chłopcy najwyraźniej nie mieli pojęcia jak zachowywać się w jego towarzystwie, mając świadomość, że nie wie kim są, dlatego woleli zachowywać bezpieczny dystans. On sam na razie nie najlepiej czuł się w większych zbiorowiskach, dlatego propozycja Krzysztofa, który chciał zabrać go ze sobą na trening Resovii, początkowo spotkała się z jego stanowczą odmową.
- To zły pomysł, Krzysiu.
Libero wywrócił oczami, przycupnął na podłokietniku kanapy i sięgnął do stojącej na stoliku miski z jabłkami, po czym wziął jeden owoc i zaczął go podrzucać, co chwilę zerkając na Zbyszka opartego o parapet z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów.
- Wolisz siedzieć tutaj sam jak palec i pierdzieć w stołek? Nie możesz bać się kontaktu z ludźmi, których znasz. A przede wszystkim nie możesz bać się kontaktu z siatkówką.
- Nie boję się - powiedział twardo, choć dla Krzyśka brzmiał jak kilkuletni dzieciak usiłujący za wszelką cenę przeforsować własne zdanie. - Po prostu nie pamiętam ani siatkówki, ani ludzi z którymi ponoć w nią grałem.
- Ja też jestem jednym z nich, i co? Nie zauważyłem, żebyś uciekał przede mną w popłochu.
- Ty to co innego.
- Oj, Zbychu, Zbychu. - Igła wstał i odłożywszy jabłko na swoje miejsce, zaczął spacerować po pokoju, jak przystało na osobę z wiecznie niespożytymi pokładami energii. - Przecież ja nie namawiam cię do wychodzenia na boisko. Chcę tylko, żebyś pojechał ze mną na halę, pooglądał drużynę w akcji i pooddychał tą specyficzną siatkarską atmosferą, która wbrew pozorom jest ci doskonale znana.
- Jesteś pewien, że w powietrzu unosi się zapach siatkarskiej atmosfery? - Bartman poruszył brwiami, uśmiechając się półgębkiem. Ignaczak sukcesywnie zmiękczał jego opór, chociaż brunet nie do końca potrafił przyznać się do tego przed samym sobą.
- Owszem, dopóki nie wejdziesz do szatni. - Mrugnął porozumiewawczo i podszedł do bruneta, a następnie poklepał go po ramieniu. - To co, zbieramy się?
- Sam nie wiem... - zawiesił głos.
- Jezu, Zibi, wahasz się jak baca na górce z tego dowcipu. Zbieraj tyłek i jazda na Podpromie, bo nabawisz się jakiejś fobii społecznej i wołami cię stąd nie wyciągnę!
Bartman uległ namowom swojego kolegi, więc niedługo potem ruszyli w drogę, w trakcie której jego towarzyszowi nie zamykała się buzia. Igła z chęcią odpowiadał na wszystkie zadawane mu pytania, nierzadko wtrącając swoje trzy grosze.
- Przed wypadkiem zdążyłeś zagrać tylko w jednym meczu. Z Olsztynem, z którym wygraliśmy 3:0.
- Ktoś mnie zastępuje?
- Mamy Jochena, naszego drugiego atakującego, który orze jak może, chociaż eksperci twierdzą, że stać go na więcej. Ja tam się nie znam, jestem tylko gościem od czarnej roboty. - Roześmiał się serdecznie. - No i w pogotowiu czeka też ktoś z młodej ligi, ale wszyscy liczą, że niedługo wrócisz. - Spojrzał na niego znacząco, ale Zbyszek spuścił wzrok. O ewentualnym powrocie nie chciał na razie rozmawiać. Jeśli granie w siatkówkę było jedyną rzeczą jaką w życiu potrafił, przyszłość nie malowała się w najjaśniejszych barwach. - Twoje fanki też na pewno zdążyły się za tobą stęsknić...
Bartman prawie zakrztusił się własną śliną.
- Jakie znowu fanki?
- Jeszcze się pytasz? Stary, szał macicy na ulicy, do tej pory piskliwe Zibiiii wykrzykiwane przez dziesiątki niewieścich gardeł w wieku trzynaście plus boleśnie dźwięczy mi w uszach - relacjonował z ożywieniem, nie omieszkając owego pisku zademonstrować, co wprawiło jego towarzysza w niepohamowaną wesołość. - Odkąd cię nie ma, poziom decybeli na Podpromiu znacznie spadł. Ej, tylko mi się tutaj nie zapowietrzaj, bo trzeba będzie wzywać pomoc medyczną! - rzucił na widok czerwonego na twarzy Bartmana.
- O nie, tylko nie to - odchrząknął, prostując się na siedzeniu. - Znam jedną pielęgniarkę, która najchętniej wstrzyknęłaby mi podwójną dawkę trucizny, uprzednio poddając nieludzkim torturom.

Zbyszek nie wiązał wielkich nadziei z wizytą w Twierdzy Rzeszów. Przywitał się z drużyną, w szeregach której kilka twarzy wydało mu się znajomych, zamienił parę słów z trenerem Kowalem i resztą sztabu szkoleniowego, a kiedy rozpoczął się trening, usiadł w miejscu przeznaczonym dla zmienników i z miną wyrażającą względne zainteresowanie obserwował pracujących w pocie czoła siatkarzy. I wtedy coś zaskoczyło. Cały świat wokół na moment zwolnił, a on poczuł dziwne mrowienie rozchodzące się po całym ciele. Wszystko wróciło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Oczami wyobraźni ujrzał każde wspomnienie, jakby ktoś wyświetlał w jego głowie kadry z filmu, w którym był jedną z głównych postaci. Zobaczył siebie jako młodego chłopaka zbierającego doświadczenie w Metrze Warszawa, później przyszedł czas na siatkówkę plażową i mistrzostwo Europy do lat osiemnastu, a następnie Mistrzostwa Świata tej samej kategorii wiekowej, po których został wielki niedosyt, bo kilka złych decyzji pozbawiło jego i Michała tytułu mistrzowskiego. Złoty medal Starego Kontynentu zdobywał jeszcze dwukrotnie - najpierw w reprezentacji kadetów, a później seniorów. Przypomniał sobie sezony ligowe spędzone we Włoszech, Turcji i Rosji, a także w Warszawie i Jastrzębiu, gdzie jego kolegą z drużyny był Misiek. Pamiętał hale pełne kibiców, wrzawę na trybunach oraz wszystkie wzloty i upadki w drużynie narodowej, jakby to było wczoraj. Porażka na Mistrzostwach Świata w słonecznej Italii, brązowy medal Ligi Światowej 2011, w trakcie której nabawił się kontuzji, przez którą nie pojechał na późniejsze Mistrzostwa Europy, Puchar Świata będący przepustką na Igrzyska, zwycięstwo w Lidze Światowej, po którym wydawało się, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych... Dobry Boże, przecież on wtedy został wybrany najlepszym atakującym! Aż w końcu przyszedł Londyn, gorzki Londyn. Gaśli z meczu na mecz, i choć przed startem rozgrywek upatrywano ich w roli murowanych faworytów, oni odpadli już po ćwierćfinale oddanym niemal bez walki, chyba jako najwięksi przegrani turnieju.
- Zibi, wszystko w porządku? - Krzysiek przystanąwszy w kwadracie dla rezerwowych w celu uzupełnienia płynów, łypnął podejrzliwie na nieco pobladłego atakującego. Brunet gwałtownie poderwał się z krzesła, jakby nagle zaczęło go parzyć i chwycił za ramiona zdezorientowanego libero.
- Wszystko pamiętam! - zawołał radośnie, nie przestając nim potrząsać. - Przypomniałem sobie! Jestem siatkarzem!
- No shit, Sherlock - Zaśmiał się Igła i poklepał po głowie swojego kolegę. - Brawo Zbychu, makówka pracuje! Słyszycie, chłopaki? Zibi odzyskał pamięć! - huknął do pozostałych Resoviaków, a jego głos poniósł się echem po całej hali.
Najważniejsze elementy układanki wracały na swoje miejsce. W kolejce czekały następne.

~ * ~
Ostatnio nic nie idzie mi tak opornie jak pisanie, dlatego być może ten rozdział jest ostatnim przed przymusową przedsesyjną przerwą, w trakcie której zaszyję się w jakimś grajdołku z małym stosem notatek (właściwie już teraz pozdrawiam znad materiałów z "ustrojstwa"). Oczywiście wszystko zależeć będzie od czasu i chęci, ale jeśli nie uda mi się nic naskrobać, to zobaczymy się tutaj dopiero w lutym.
Jak ja nie lubię, gdy bohaterowie wymykają się spod kontroli. Zbyszek wcale nie miał być taki rozsądny i poukładany! Trzeba jednak przyznać, że nie da się go zmierzyć wyłącznie jedną miarą. Berenika widzi go inaczej, Wy widzicie go inaczej i ja również widzę go inaczej. Pytanie, jaki jest naprawdę? Anyway, najważniejsze, że wreszcie przypomniał sobie kim jest. No i zgodnie z wcześniejszą obietnicą pojawiła się pierwsza (i nie ostatnia) retrospekcja.
Pod poprzednim rozdziałem pisałam o oneparcie... Miało być świąteczne opowiadanie inspirowane LemONową Etiudą zimową, a zwłaszcza jedną z piosenek, ale znowu coś poszło nie tak. Prędzej Simon nauczy się lądować telemarkiem niż ja dokończę jakąś miniaturę. Sad but true. Okej, jestem w klimacie skoków narciarskich, bo właśnie zakończył się TCS.
God save Kurek, a będzie dobrze. Musi być.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Epizod szósty, czyli: Myślę, że powinniśmy od siebie odpocząć.

 - Dżizas, Berenika, naprawdę go zrugałaś? - zapytała Juszczyk takim tonem, jakby to była najbardziej szokująca wiadomość jaką kiedykolwiek usłyszała, na co Fabiańska przewróciła oczami. Dziewczyny od kilku minut stały w pobliżu pustoszejącej hali Podpromie, obserwując mijające je grupki rozradowanych kibiców i wyjeżdżające z parkingu samochody. Ponieważ listopadowe wieczory nie należały do najcieplejszych, Berenika dreptała w miejscu z rękami wciśniętymi w kieszenie płaszczyka, a z każdym wypowiadanym przez nią słowem z jej ust wydobywały się obłoczki pary. Oprócz lekkiego szumu w uszach i bólu głowy czuła również nieludzkie zmęczenie, toteż pragnęła jak najszybciej zakończyć rozmowę z Weroniką i wrócić do domu, ale pielęgniarka jak zwykle trajkotała jak najęta, co budziło w brunetce narastające zniecierpliwienie.
- Tak, naprawdę go zrugałam - wycedziła. Nika zdawała sobie sprawę, że jedną z jej licznych wad była impulsywność. Często w stanie wzburzenia nie przebierała w słowach, wyładowując swoją złość na innych. To była cecha, która upodabniała ją do ojca, choć brunetka długo usiłowała wypierać ten fakt ze świadomości. Doktor Fabiański również nie potrafił utrzymać nerwów na wodzy, o czym Berenika niejednokrotnie przekonała się będąc nastolatką.
- Biedaczek musiał być nieźle oszołomiony - kontynuowała Juszczyk. - Żeby tylko sobie nie pomyślał, że każda Polka jest taka nerwowa!
Berenika prychnęła. Co prawda myśl o porannym incydencie potęgowała w niej poczucie wstydu, zwłaszcza że nowy atakujący Resovii zdawał się wzbudzać sympatię wśród otoczenia, ale to przecież nie oznaczało, że jest zobligowana do wylewnych przeprosin. Nie ona pierwsza i nie ostatnia zderzyła się na ulicy z jakimś typkiem.
- A nawet jeśli, to co? O ile zdążyłam się zorientować, nie przyjechał do Polski szukać żony. - Zmrużyła ironicznie oczy. Weronika zachichotała.
- Czyli jednak widziałaś coś więcej poza ekranem swojej komórki?
- Mam podzielną uwagę - bąknęła.
- Kurczę, ciekawe jak w naszej drużynie będzie radził sobie Zibi - zastanawiała się głośno szatynka. - Przeczytałam gdzieś, że ma szansę wrócić na boisko jeszcze przed play-offami...
Berenika zazgrzytała zębami, nie wiadomo czy z zimna, czy ze złości, chociaż znając jej niechęć do zielonookiego bruneta, należało uznać za właściwą tę drugą opcję.
- Czy każda nasza rozmowa musi sprowadzać się do tematu Bartmana?
- Nie rozumiem, dlaczego jesteś na niego taka cięta - odparła szatynka, wzruszając ramionami. 
Bo znam go lepiej niż ty, cisnęło się na usta Fabiańskiej, ale zdecydowała się zmodyfikować swoją myśl. - Bo nie toleruję zarozumialstwa i impertynencji.
- To, co nazywasz zarozumialstwem i impertynencją jest zwyczajnym... - Juszczykówna szukała odpowiedniego określenia - szokiem powypadkowym! - wypaliła od czapy. - Chłopak stracił kilka tygodni z życiorysu, a kiedy zaczął wracać do świata żywych, okazało się, że ma amnezję. Nic dziwnego, że jest rozdrażniony.
- Wypadek jest akurat jego winą. - Brunetka dzielnie broniła swojego stanowiska. - Nikt mu nie kazał mknąć samochodem prawie dwieście na godzinę. Ten dureń miał więcej szczęścia niż rozumu.
- O ile dobrze pamiętam, na początku przejmowałaś się jego losem - zauważyła sprytnie Weronika, po czym splotła ręce na piersiach, przyglądając się swej rozmówczyni z nieskrywaną satysfakcją. - Mam ci przypomnieć, jak kursowałaś między piętrami, żeby pogapić się na niego przez szybkę? Koleżanki-pielęgniarki z OIOM-u mogłyby potwierdzić.
- Dawno i nieprawda - wymamrotała nieco zbita z pantałyku. - A ty mogłabyś zająć się czymś pożytecznym, bo mam wrażenie, że trudnisz się głównie rozsiewaniem plotek i poszukiwaniem taniej sensacji. - Berenika nie byłaby sobą, nie pozwalając sobie na drobną uszczypliwość. - Może powinnaś zmienić profesję?
Reakcja szatynki nie była trudna do przewidzenia. Dziewczyna poczuła się urażona słowami Fabiańskiej, dlatego też szybko pożegnała się z brunetką, ignorując podjęte przez nią próby załagodzenia sytuacji. Jak zniechęcać do siebie ludzi, lekcja numer... - tutaj należało wpisać dowolną trzycyfrową liczbę, bo sama nauczycielka straciła już rachubę.

* * *

W cholerę z tym wszystkim.
Choć Zbyszek odliczał dni i godziny dzielące go od opuszczenia szpitala, gdy wreszcie nadeszła wyczekiwana przez niego chwila, zdawał się nie wykazywać ani odrobiny entuzjazmu, a przynajmniej takie wrażenie można było odnieść na widok jego zaciętej miny i ściągniętych brwi. Powrót do domu był równoznaczny ze zderzeniem z codziennością, w której nadal czuł się zagubiony. Wciąż nie pamiętał, w jaki sposób doszło do wypadku, o innych istotnych szczegółach nie wspominając. Jego pamięć była podziurawiona niczym ser szwajcarski, a on kompletnie nie wiedział, w jaki sposób owe dziury załatać. Codziennie słyszał utarte frazesy typu zachowaj spokój i uzbrój się w cierpliwość, które niezmiennie doprowadzały go do szału, bo niby jak dostosować się do tych rad, mając świadomość, że ciągle tkwi się w martwym punkcie?
Myśli atakującego zajmowała również nierozwiązana sprawa z Michałem. Szybko okazało się, że numer telefonu figurujący na liście kontaktów w Zbyszkowym telefonie jest nieaktualny, a gdy brunet usiłował dowiedzieć się czegoś na temat kulisów ich rzekomego konfliktu, w odpowiedzi otrzymał jedynie enigmatycznie brzmiące zdanie Powodem jest twój niewyparzony jęzor, Zbychu. Tylko co takiego musiałby powiedzieć, żeby aż tak zrazić do siebie przyjaciela? Prawdopodobnie był wtedy nieziemsko wściekły albo pijany. A najpewniej jedno i drugie. Ile dałby, by móc sobie to przypomnieć!
- Kochanie, dlaczego jesteś taki przygaszony? Nie cieszysz się, że wracasz do domu? - Do sali wparowała Ada i natychmiast uwiesiła się na jego szyi, obdarzając go przelotnym całusem. Bartman resztkami sił powstrzymał cisnący się na lico grymas. Majchrzak traktowała go jak maskotkę, którą można tarmosić, ściskać i obśliniać, zupełnie jakby myślała, że takie zachowanie pomoże mu odzyskać pamięć. Zibi był znacznie bardziej zachowawczy w okazywaniu uczuć, co jednak w ogóle nie zrażało Adrianny. Siatkarz zastanawiał się, co sprawiło, że zabrnął w relacjach z blondynką aż tak daleko, ale luki w pamięci uniemożliwiały mu ustalenie tej informacji. Po pierwsze, im więcej przebywał w jej towarzystwie, tym coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jest najbardziej męczącą osobą jaką zna, a po drugie, nieustannie zaskakiwało go, że zdobył się na oświadczyny. Naprawdę miał zamiar wpakować się w małżeństwo?
- Strasznie się guzdrzesz. Pomogę ci - zaproponowała Ada, widząc jak jej narzeczony w żółwim tempie wrzuca do torby podróżnej swoje rzeczy, które zdążyły przesiąknąć zapachem szpitala. Dziewczyna raz dwa uporała się z pakowaniem i niedługo potem do jego uszu dobiegł dźwięk zasuwanego zamka. - Teraz możemy jechać.
Znalazłszy się poza murami placówki, w pełni poczuł jak bardzo osłabił go kilkutygodniowy pobyt w szpitalu; wręcz odnosił wrażenie, że nawet silniejszy podmuch wiatru mógłby zwalić go z nóg. Ponadto miewał zawroty głowy, ale według zapewnień lekarzy miały one wkrótce ustąpić. Szkoda tylko, że uporanie się z amnezją nie było takie proste i nikt nie był w stanie dać mu gwarancji, że odzyska wszystkie utracone wspomnienia. Przez to stał się jeszcze bardziej podejrzliwy wobec słyszanych codziennie opowieści; każdy przecież mógł sprzedać mu największą bujdę, którą łyknąłby jak głodny pelikan. Odkąd wybudził się ze śpiączki, wydawało mu się, że żyje w jakiejś alternatywnej, zakłamanej rzeczywistości, pełnej nieznajomych twarzy. Każdego dnia wytężał pamięć, usilnie próbując znaleźć choć jedną rzecz, która mogłaby być swego rodzaju pomostem między teraźniejszością a przeszłością, czymś, co naprowadziłoby jego umysł na właściwe tory. Na próżno. Duże nadzieje wiązał więc z powrotem do Warszawy, w której miał pozostać na czas rekonwalescencji. Stolicę znał jak własną kieszeń; to właśnie w tym mieście urodził się i spędził dzieciństwo. Bez trudu potrafił dotrzeć do dowolnie wybranego miejsca, wskazać swoją ulubioną restaurację, klub czy lodziarnię. Krótko mówiąc, Warszawa nie miała przed nim żadnych tajemnic i za każdym razem, gdy się w niej znajdował, czuł, że jest u siebie. To był jego punkt orientacyjny, który w obecnej sytuacji nabierał jeszcze większego znaczenia. Jakież więc było jego zdziwienie, gdy Ada zaparkowała swoje srebrne Volvo nie pod domem jego rodziców, a w okolicach jednego z wieżowców.
- Dlaczego tutaj?
- Nie chcesz zobaczyć swojego mieszkania?
- Ja mam mieszkanie?
Majchrzak skinęła głową.
- Od maja. Zgadnij na którym piętrze.
- To ma jakieś głębsze znaczenie? - Zbyszek nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wierzył w symbolikę liczb. Co za ironia - przecież nie przypominał sobie wielu rzeczy, więc może i to mu umknęło.
- Sądzę, że tak. Oczywiście, że na dziewiątym, panie Zet-Be-Dziewięć! - zaszczebiotała radośnie, po czym ruszyła w stronę budynku z wysoko uniesioną głową, a Bartman westchnął ciężko i podążył za nią powłóczystym krokiem. Ze wszystkich sił próbował zapałać do Adrianny znacznie większą sympatią, ale blondynka utrudniała mu to zadanie. A może ona też się pogubiła? W końcu jej również nie było łatwo. Miała narzeczonego, który jej nie pamięta i nie mogła zrobić nic, by odmienić ten stan rzeczy. Może powinien dać jej więcej czasu?
Nazwanie lokum Zbigniewa mieszkaniem okazało się sporym niedopowiedzeniem. Był to pokaźnych rozmiarów apartament, w którym każdy element wystroju zdawał się być częścią dopracowanego we wszystkich szczegółach planu. Wnętrza jak z katalogu, nowoczesne i minimalistyczne. I nawet ten mech na ścianie i zawieszone u góry doniczki (kto to w ogóle wymyślił?!) idealnie wpasowywały się w klimat Zbyszkowych czterech kątów. Adrianna najwyraźniej doskonale znała to miejsce, bo poruszała się po nim nadzwyczaj swobodnie, z powodzeniem oprowadzając Zbyszka po poszczególnych pomieszczeniach.
- A ten pokój jest dla... naszego potencjalnego dziecka. - Uchyliła drzwi wnętrza, które jako jedyne nie było zagospodarowane. - Powiedzmy, że przyda się za jakieś... dziesięć lat.
Naprawdę mógłby wytrzymać z nią dziesięć lat? Był zmęczony już po dziesięciu minutach.
Bartman siedział lekko przygarbiony przy kuchennej wyspie, wysłuchując okraszonego żywą gestykulacją monologu Ady. Majchrzakówna z przejęciem opowiadała o tym, co było, jest i będzie. Innymi słowy - zdołała zaplanować całą ich przyszłość od A do Z, nawet nie pytając, czy na cokolwiek się zgadza. Zbyszkowi kręciło się w głowie od natłoku informacji i piskliwego głosu blondynki. Nie sądził, że kiedykolwiek to przyzna, ale wolałby, żeby jego narzeczoną była dziewczyna pokroju tej zołzowatej pielęgniarki, która nawet nie próbowała ukrywać niechęci względem jego osoby. To właśnie dzięki niej jego rękę zdobił potężny granatowy siniak będący pamiątką po wenflonie. Jak jej tam było? Berenika. Doprawdy, dziwne imię. Niezła z niej cholera, ale jaka ładna! Jeśli dobrze pamiętał, zawsze podobały mu się brązowookie brunetki.
- Okej, dosyć. - Brunet zeskoczył zgrabnie z taboretu i wbił w Adriannę poważne spojrzenie. Blondynka zastygła w ekwilibrystycznej pozie i wydęła wargi, spoglądając na niego z niezadowoleniem. - O co ci chodzi?
- Mam dosyć - powtórzył twardo. - Męczę się, nie widzisz tego? Próbuję wrócić do normalności, ale ty mi wszystko utrudniasz! 
- Ja ci wszystko utrudniam, tak? - Ada nie była zachwycona słowami swojego wybranka. - Ja ci pomagam! Kto codziennie biegał do szpitala? Kto przesiadywał z tobą godzinami? Kto cierpliwie czeka, aż odzyskasz pamięć?
- Nie nazwałbym tego cierpliwością - zauważył Bartman. - Chciałabyś, żebym odzyskał pamięć teraz, zaraz, natychmiast! - Tym razem w jego głosie pobrzmiewała desperacja. - Ale ja nie mogę! Nie potrafię! Mam jakąś cholerną blokadę, której nie umiem się pozbyć!
- I może jeszcze powiesz, że wywieram na tobie presję! - Niewiele brakowało, a Ada tupnęłaby nogą niczym obrażona dziewczynka.
- Może rzeczywiście tak jest - burknął.
- W takim razie co teraz z nami będzie?
- Myślę, że powinniśmy od siebie odpocząć.
- Zbyszek, proszę cię... - Spojrzenie Majchrzak niewiele różniło się od tego, które można było zaobserwować u jednego z bohaterów pewnej serii filmów animowanych. Zadziwiające, jak płynnie potrafiła przechodzić z jednego nastroju w drugi.
- A ja cię proszę, żebyś dała mi święty spokój.
Bartman udał się do przedpokoju i narzuciwszy na siebie kurtkę, chwycił leżącą na podłodze torbę.
- Dokąd idziesz?
- Nie wiem.
W pierwszym i jak najbardziej naturalnym odruchu miał zamiar udać się do rodziców, ale myśl o tym, że państwo Bartman zaczęliby wypytywać go o Adę, skutecznie zniechęciła go do tego pomysłu. A gdyby tak wrócić do Rzeszowa? Niewiele myśląc, postanowił wcielić swój plan w życie.
W połowie drogi do stolicy Podkarpacia uzmysłowił sobie, że nie ma ze sobą kluczy do mieszkania i nie pamięta adresu.
Idiota czy idiota?

* * *

To był jeden z tych dni, w których Berenika miała ochotę zamordować każdego, kto pojawi się na jej drodze. Nocny dyżur dał jej w kość, Weronika nadal była na nią obrażona, a na domiar złego poprztykała się z Łukaszem, co należało do wybitnie rzadko spotykanych zjawisk. Nic więc dziwnego, że nie potrafiła przestać o tym myśleć, i to był właśnie jeden z powodów, dla których przewracała się w łóżku z boku na bok, choć powinna za wszelką cenę usiłować zasnąć, zwłaszcza że w perspektywie miała kolejną intensywną noc w szpitalu. W końcu dała za wygraną i zrzuciła z siebie kołdrę. Kiedy nie możesz zasnąć, zapal szluga - jedno ze sztandarowych powiedzonek jej i Łukasza. Niby nie pomaga zwalczyć bezsenności, ale z nałogiem się nie dyskutuje. Kiedy ci smutno, zapal szluga. Kiedy musisz pomyśleć, zapal szluga. Kiedy jesteś wnerwiony, zapal szluga. Cholera, szlugi też najlepiej smakowały w towarzystwie Korzeckiego. Odkryła to w czasach liceum, gdy w trakcie przerw wymykali się na papierosa.
Ukradkowe popalanie, sprowadzające się wyłącznie do niewinnej przyjemności i sposobu na radzenie sobie ze stresem, przeistoczyło się w uzależnienie niedługo po tym, jak wyszła na jaw tajemnica ojca. Wówczas Berenika przestała kontrolować ilości wypalanych papierosów. Właściwie nadal w momentach silnego napięcia maltretowała swoje płuca ogromnymi ilościami dymu nikotynowego.
Fabiańska stała na balkonie, w spokoju zaciągając się swoimi ulubionymi LD Blue i obserwując panoramę Rzeszowa, której jednym z punktów była majacząca w oddali hala Podpromie (do tej pory nie zwracała uwagi na ten jakże istotny dla wszystkich kibiców Resovii obiekt), gdy wtem usłyszała znajomo brzmiący głos dobiegający z prawej strony. Dotąd myślała, że mieszkanie naprzeciwko nie jest zajmowane przez żadnego lokatora, ale coś musiało ulec zmianie.
- Na razie nie wracam do Warszawy. Myślę, że będzie lepiej, jeśli zostanę w Rzeszowie.
- Poradziłem sobie. Krzysiu pomógł mi skontaktować się z właścicielką mieszkania.
- Nie, wcale nie wystawiłem jej do wiatru. Po prostu muszę sobie to wszystko poukładać.
Berenika zdawała sobie sprawę, że postępuje nieostrożnie wychylając się za balustradę, i wcale nie chodziło o jej bezpieczeństwo. Po prostu istniało ryzyko, że jej nowy sąsiad zauważy jak podsłuchuje jego rozmowę telefoniczną, nawet jeśli aktualnie mogła lustrować jego zakapturzoną postać wyłącznie od tyłu. Nagle mężczyzna zakaszlał ostentacyjnie i odwrócił się w jej stronę, przypadkowo krzyżując z nią spojrzenie. Brunetka zamarła w bezruchu z papierosem między palcami. No pięknie.
- Nie, mamo, nie jestem przeziębiony. Po prostu ktoś pali papierosy i strasznie śmierdzi...

~ * ~
Uff, zdążyłam! Melduję się na pokładzie! I przepraszam raz jeszcze, również za ewentualne błędy. Skoryguję później.
Zbyszek próbował wymigać się od współpracy, ale jakoś udało się doprowadzić go do porządku. Cholernik jeden, nie tak łatwo wejść do jego łba, a bardzo chciałam Wam pokazać, cóż takiego skrywa jego łepetyna.  No właśnie, jeśli już mowa o głównym bohaterze, to trzeba przyznać, że zaskakująco łatwo "pozbył się" Ady. Tylko czy na długo?
Zdaję sobie sprawę, że w kwestii mieszkania poszłam po linii najmniejszego oporu, ale scena balkonowa, która prawdopodobnie będzie miała swój ciąg dalszy w następnym epizodzie, przyszła do mnie sama i kazała się napisać. Zobaczymy jak to będzie z zacieśnianiem stosunków sąsiedzkich :>
A jako że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż z kolejnym rozdziałem spotkamy się tutaj dopiero w styczniu, życzę Wam wesołych świąt i pomyślności w Nowym Roku. Odprężcie się, wyłączcie internety... Hmm, chyba ktoś postanowił zrobić sobie próbę generalną przed Sylwestrem, bo w momencie, gdy piszę komentarz odautorski, słyszę za oknem wystrzały fajerwerków :P No nic, wszystkiego dobrego :)
Obiecany onepart się pojawi, prawdopodobnie jutro lub pojutrze podrzucę tutaj link, zatem "stej tjund", jak mawia pewien libero ;)

niedziela, 13 grudnia 2015

Stopklatka vol.2

Jestem zmuszona przesunąć publikację epizodu szóstego o tydzień. Ostatnio kompletnie nie miałam czasu na pisanie, ale najbliższe dni zapowiadają się nieco "luźniej", więc postaram się dokończyć rozdział, jak również nadrobić zaległości u Was. A, i bardzo możliwe, że pojawię się z czymś jeszcze... Tak, mam ambitny plan wreszcie doprowadzić do końca jakiegoś oneparta. Trzymajcie kciuki i do napisania!

Aktualizacja 20.12.15
Strasznie Was przepraszam za wszelkie opóźnienia, bo zdaję sobie sprawę, że czekacie na rozdział, a przynajmniej taki stan rzeczy zdają się sugerować odwiedziny bloga. Nie mam pojęcia, czy zdołam dokończyć go dzisiaj, bo męczę się z nim niemiłosiernie; jeśli nie, deadline wyznaczam sobie na jutro, bo nie chcę już dłużej przeciągać struny.