sobota, 9 kwietnia 2016

Epizod ósmy, czyli: Nie dość, że dręczy pani pacjentów, to jeszcze zniechęca do siebie dzieci.

- Natychmiast kup mi ten traktor!
Patrząc na małego Mateusza, w pewnych kręgach nazywanego Koszmarnym Karolkiem, można było odnieść wrażenie, że Jędrzej Fabiański wciąż nie znalazł złotego środka w kwestii wychowywania własnych pociech. Zbyt duża swoboda i pobłażliwość były równie nieskuteczne co ojcowska dyktatura, czemu dowodziły przypadki Bereniki i wspomnianego wyżej czterolatka, który właśnie testował cierpliwość swoich rodziców, krzycząc na tyle głośno, że pozostali klienci jednego ze sklepów z zabawkami znajdującego się w rzeszowskiej galerii odwracali głowy w ich kierunku. Jedynie szesnastoletni obecnie Miłosz zdołał wyłamać się z tej konwencji. Bystry, rezolutny i wszędobylski, ale jednocześnie ułożony i niesprawiający większych problemów.
- Dostałeś prawie taki sam na urodziny - przekonywała Aleksandra, ukradkiem zerkając z niezadowoleniem na Jędrzeja. Kłopoty z niedającym się ujarzmić synem nie pozostawały bez wpływu na ich małżeństwo, a niekończące się kłótnie i wzajemne pretensje stały się nieodłącznym elementem codzienności państwa Fabiańskich. Kobieta czasami przyłapywała się na myśleniu o tym, że nigdy nie zdecydowałaby się na dziecko, wiedząc jak trudnym przypadkiem okaże się Mateusz. Zawsze uważała się za dobry materiał na matkę, toteż długo namawiała piętnaście lat starszego Jędrzeja na potomstwo. Doktor Fabiański, pomny doświadczeń z dwójką dzieci z pierwszego małżeństwa, początkowo odnosił się sceptycznie do pomysłu Aleksandry, jednak ostatecznie uległ jej namowom.
- Chcę ten traktor! - Argument matki zupełnie nie przemawiał do świadomości czterolatka, który zaakcentował swoją wypowiedź efektownym tupnięciem.
- Synku, innym zabawkom będzie smutno, jeżeli go stąd zabierzemy...
- Nieprawda! Chcę ten traktor! - powtarzał z uporem maniaka, wskazując palcem upatrzoną zabawkę.
- Po cholerę go tutaj przyprowadzałeś! - syknęła z wściekłością w kierunku męża. - Przecież wiesz, że każda wizyta w sklepie z zabawkami kończy się tak samo.
- A co innego miałem zrobić? - Wzruszył ramionami i uniósł ręce w obronnym geście. - Widziałaś, że się nudzi.
- Traktor, traktor, traktor! - Usłyszeli po raz kolejny.
- Uspokój się! Nie dostaniesz żadnego traktora! - podniosła głos na chłopca, lekko potrząsając go za ramię. Malec wybuchnął głośnym płaczem. Określenie go mianem małego dyktatora nie było zupełnie bezpodstawne; mając zaledwie cztery lata zdołał owinąć sobie wokół palca oboje rodziców, co ochoczo wykorzystywał przy każdej nadarzającej się okazji. - Zrób coś, bo zaraz oszaleję! - zwróciła się do Jędrzeja, który od początku zachowywał podejrzany i nieadekwatny do sytuacji stoicki spokój.
- Doprawdy, nie rozumiem, skąd u niego takie zamiłowanie do maszyn rolniczych - odparł znudzonym tonem. - Może po prostu kupmy mu ten traktor i będzie święty spokój.
- Nie mam zamiaru znowu ulegać jego histerii - zapewniła twardo, choć sama nie wierzyła we własne deklaracje. Wszystko wskazywało na to, że przeceniła swoje rodzicielskie możliwości, o czym przekonywała się na każdym kroku.
- Masz jakiś inny pomysł? Doskonale wiesz, że potrafi tak wyć przez kilka godzin. Berenika sobie z nim nie poradzi.
- Nie ona pierwsza i nie ostatnia - mruknęła pod nosem, ale krzyczący wniebogłosy Mateusz skutecznie zagłuszał wszelkie inne dźwięki. - Dobrze! Dostaniesz ten cholerny traktor - powiedziała donośnym, choć pełnym rezygnacji głosem, w myślach przeklinając się za uległość i bezsilność wobec niefrasobliwości syna, będącej w kontekście dzisiejszej sceny zdecydowanie zbyt łagodnym określeniem. Chłopiec w mgnieniu oka umilkł, jakby ktoś odłączył mu zasilanie, a po dziecięcej twarzyczce zaczął błąkać się triumfalny uśmieszek. Zmierzając do kasy, Aleksandra ze wstydem wyobrażała sobie, jak beznadziejnymi rodzicami muszą być wraz z Jędrzejem w oczach ludzi, którzy z takim zainteresowaniem przyglądali im się w ciągu ostatnich kilku minut.
- Jesteś z siebie zadowolony?
- Nie jestem, ale tylko w taki sposób mogliśmy go dzisiaj uspokoić.
Po opuszczeniu sklepu z zabawkami państwo Fabiańscy udali się do kawiarni, by móc we względnym spokoju poczekać na Berenikę. Zaabsorbowany nową zabawką Mateusz nie zwracał uwagi na otoczenie, więc zyskali chwilę ciszy, zmąconej jedynie przez charakterystyczny dla każdej galerii gwar i zgiełk.
- Z a w s z e uspokajamy go w ten sposób - zauważyła Aleksandra. - Kiedyś wierzyłam, że z tego wyrośnie, ale z każdym rokiem jest coraz bardziej nieznośny. To nie jest normalne, Jędrzej. Nie możemy pozwolić, żeby rządził nami czterolatek. Dlaczego nie potrafisz być tak zdecydowany jak niegdyś w przypadku swojej córki?
- Każde dziecko jest inne. To, co sprawdza się w przypadku jednego, niekoniecznie okazuje się skuteczne w przypadku drugiego - wyjaśnił obojętnie. - O proszę, o wilku mowa - uciął dyskusję i skupił wzrok na zmierzającej w ich kierunku brunetce. Poprzednio Berenika stanowczo odmówiła opieki nad bratem, ale ponieważ tym razem babka Anastazja wymówiła się niecierpiącą zwłoki wizytą Teofila u weterynarza, była zmuszona ulec namowom Fabiańskich. Dziewczyna skinęła ojcu na powitanie i wymieniła chłodne spojrzenia z Aleksandrą. Obiektywnie rzecz biorąc, nowa żona kardiologa nie zasługiwała na wrogość z jaką była przez nią traktowana i być może w innych okolicznościach udałoby im się znaleźć wspólny język, ale pielęgniarka nie potrafiła zdobyć się ani na odrobinę ciepłych uczuć wobec kobiety, która zajęła miejsce jej matki. Z podobnym dystansem traktowała również ojca. Właściwie nawet nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni nazwała go tatą. Zazwyczaj zwracała się do niego bezosobowo, zupełnie jakby jedno z najprostszych słów na świecie nie mogło przejść jej przez gardło.
- Zobacz, Mateuszku, przyszła Nika. - Aleksandra usiłowała oswoić Koszmarnego Karolka z obecnością siostry, by ich pożegnaniu nie musiał towarzyszyć kolejny atak histerii. - Zostaniesz z nią przez kilka godzin, cieszysz się?
- Chcę siku - ozwał się chłopiec, niechętnie podnosząc wzrok na Berenikę. Żona Jędrzeja wstała i chwyciwszy syna za rękę, bez słowa zaprowadziła go do toalety. Ojciec i córka zostali więc sami, co nie było dla nich zbyt komfortową sytuacją.
- Gdyby coś się działo, dzwoń. - Rzeczowy ton doktora Fabiańskiego nie pozostawiał wątpliwości co do napiętych stosunków między nimi.
- Jak do ojca czy kardiologa?
- Nie rozumiem. - Obrzucił córkę badawczym spojrzeniem znad okularów połówek.
- Sam jego widok przyprawia mnie o migotanie przedsionków.
- Ja wychowywałem cię osiemnaście lat i jakoś jeszcze żyję - odbił piłeczkę, tym samym zbijając ją z tropu. Brunetka jednak szybko odzyskała rezon, nie powstrzymując się przed wbiciem mu kolejnej szpilki.
- A po osiemnastu latach znalazłeś sobie lepsze zajęcie...
Wymiana zdań Fabiańskich niechybnie zakończyłaby się kłótnią, gdyby nie powrót Aleksandry i Mateusza. Niedługo potem Berenika została sam na sam z małym, szczerbatym i płowowłosym potworkiem, którego wyraz twarzy nie zwiastował nic dobrego.
- I tak cię nie lubię! - fuknął malec, łypiąc na nią złowrogo.
- To świetnie, bo ja ciebie też nie - odparła beztrosko i pociągnęła go w stronę jednego z dyskontów spożywczych, uświadomiwszy sobie, że w jej lodówce króluje światełko. Chcąc mieć nad bratem większą kontrolę, zafundowała mu przejażdżkę sklepowym wózkiem, pilnując by w jej trakcie nie wyciągał rąk po przypadkowe produkty. Krążyła między półkami, konsekwentnie omijając dział ze słodyczami, który i tak nie został niezauważony przez jej małego towarzysza. Prawdziwy raj dla dzieci. I okazja do nowych prób stawiania oporu całemu światu, w imię zaspokajania własnych potrzeb. Berenika zastanawiała się, dlaczego Jędrzej i Aleksandra znów zrzucili ciężar opieki nad Mateuszem na nią i babkę Anastazję, motywując swoją prośbę kolejnym pilnym wyjazdem. Babka przebąkiwała coś o terapii małżeńskiej, chociaż zdaniem brunetki o wiele lepszym rozwiązaniem byłaby wizyta Koszmarnego Karolka u psychologa dziecięcego. Ale to nie była jej sprawa i nie miała zamiaru się wtrącać.
- O nie, mój drogi, wypadną ci wszystkie zęby i już nigdy nie odrosną - pouczyła brata, przybierając poważny wyraz twarzy i odłożyła na miejsce przemyconą przez niego dużą czekoladę z orzechami i karmelem. - Będziesz nosił sztuczną szczękę jak babka Anastazja.
- Ale ja chcę tą* czekoladę! - upierał się młody, nie zważając, że tym razem trafił na bardziej opornego w spełnianiu jego zachcianek przeciwnika.
- Czy ty nie znasz innych słów poza chcę, daj i kup? Ja też bym chciała wiele rzeczy, gwiazdkę z nieba na przykład.
I innego sąsiada, dodała w myślach.
- Mama by mi kupiła! - Nieśmiertelny argument, który w trakcie podobnych dyskusji padał niemal zawsze.
- Ale ja nie jestem twoją mamą. Na szczęście. - Obcowanie z najmłodszym członkiem rodziny Fabiańskich utwierdzało Berenikę w przekonaniu, że sama nie powinna nigdy mieć dziecka. Kto wie, co by z niego wyrosło.
Do końca zakupów Mateusz nie odezwał się do Bereniki ani słowem, siedząc w wózku z naburmuszoną miną i założonymi rękami, co bez wątpienia było stokroć lepsze od weryfikowania wydajności strun głosowych. Po odejściu od kasy dziewczyna postawiła go na ziemi i zajęła się pakowaniem sprawunków do płóciennej ekotorby, zupełnie nie zaprzątając sobie nim uwagi. I to był błąd, bo w tym czasie w jej przyrodnim braciszku najprawdopodobniej zaczęła dojrzewać decyzja o samotnym zwiedzaniu galerii.

* * *

Zbyszek nie potrafił ubrać w słowa uczucia lekkości, które zagościło w nim od czasu pamiętnej wizyty na Podpromiu. Wprawdzie nadal jego wspomnienia w niektórych miejscach przypominały rozsypaną układankę z brakującymi elementami, ale coraz mocniej wierzył, że chaos w głowie będzie stopniowo ustępował miejsca porządkowi. Rzeczą, na której chwilami zależało mu nawet bardziej niż na całkowitym odzyskaniu pamięci, był powrót na boisko. Bartman wręcz palił się do gry, jednocześnie zdając sobie sprawę, że również i w tym przypadku powinien uzbroić się w cierpliwość, by wszystko mogło przebiec zgodnie z planem. Najpierw lekkie ćwiczenia na siłowni i zajęcia z piłką, dopiero później siatkówka w pełnym znaczeniu tego słowa. Chciał pomóc drużynie w walce o obronę tytułu mistrzowskiego i miał nadzieję, że wkrótce dostanie taką możliwość.
Mimo pełnej świadomości własnego ja i zainteresowania jakie wzbudzał, ilekroć znalazł się poza bezpiecznymi czterema ścianami rzeszowskiego mieszkania, pewne sytuacje wciąż powodowały w nim popłoch. Wychodząc z domu ukrywał się pod czapką i ciemnymi okularami, które kompletnie nie pasowały do panującej pory roku oraz zaprzeczał niemal za każdym razem, gdy ktoś rozpoznał w nim tego Zbigniewa Bartmana. Nie przypuszczał jednak, że tym razem jego spokój postanowi zakłócić nie natrętna fanka, lecz kilkuletni dzieciak, który z impetem zderzył się z nim, próbując wydostać się poza teren galerii. Spryciarz próbował go wyminąć, ale Zbyszek w ostatniej chwili pokrzyżował mu plany, pociągając go za kaptur bluzy.
- Hej, młody, a ty dokąd się wybierasz? Gdzie są twoi rodzice? - zapytał, kucając przed maluchem i odsuwając go od siebie na odległość ramienia. Przypuszczał, że wykorzystując chwilę nieuwagi swoich opiekunów postanowił wyruszyć na spacer po galerii, co nie zmienia faktu, że nie miał na sobie ani kurtki, ani czapki i istniało duże prawdopodobieństwo, że wydostawszy się na zewnątrz, skierowałby swoje kroki w stronę ruchliwej ulicy, a to nie skończyłoby się dobrze.
- Gdzie są twoi rodzice? - powtórzył pytanie, które po chwili wydało mu się pozbawione sensu. To oczywiste, że nie wiedział i z pewnością nie potrafiłby wrócić do punktu wyjścia.
- Poszli sobie - odparł z zaciętą miną.
- Jesteś tutaj sam?
- Nie.
- A z kim?
- Z Niką. - Chłopiec nie należał do zbyt otwartych rozmówców, ale mimo to siatkarz usiłował wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji.
- Kim jest Nika?
- To moja siostra.
- Zgubiłeś ją?
- Nie.
- Nie?
- Uciekłem! - przyznał z nieskrywanym zadowoleniem.
- Dlaczego uciekłeś? - dociekał brunet.
- Bo ona jest głupia! - Ściągnął gniewnie brwi, a jego słowa zabrzmiały niczym skarga.
- Ale na pewno się o ciebie martwi, a małe dzieci nie powinny być tutaj same - tłumaczył ze spokojem. - Musimy odnaleźć twoją siostrę. Pamiętasz, gdzie widziałeś ją po raz ostatni?
- Nie chcę jej szukać! Nie lubię jej! I babci Atanazji** też nie!
W głowie Bartmana mimowolnie zaczął tworzyć się nieciekawy obraz siostry chłopca, choć równocześnie zdawał sobie sprawę, że dzieciaki lubią wyolbrzymiać, zwłaszcza wtedy, gdy coś nie idzie po ich myśli. Gorączkowo szukał więc sposobu na zmianę nastawienia małego uciekiniera.
- Posłuchaj, młody - odezwał się, szukając z nim kontaktu wzrokowego. - Rozejrzymy się tutaj trochę, a ty w tym czasie wszystko mi opowiesz. Kiedy znajdziemy twoją siostrę, postaram się z nią porozmawiać, zgoda?
Malec przytaknął po dłuższym namyśle, a Zibi odetchnął z ulgą. Negocjacje zakończyły się pomyślnie. Prowadząc chłopca w losowo wybranym kierunku i każąc mu rozglądać się na wszystkie strony w poszukiwaniu tajemniczej Niki, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że podobna sytuacja miała już kiedyś miejsce.

* * *

Wraz z nieubłaganie upływającym czasem rosła wściekłość Bereniki. Dziewczyna przemierzała korytarze centrum handlowego, taszcząc ze sobą ciężką torbę z zakupami i pytając przypadkowe osoby o małego blondwłosego cherubinka, ale jak dotąd nie spotkała nikogo, kto mógłby naprowadzić ją na konkretny trop. Jakże się myliła mając nadzieję, że tym razem Koszmarny Karolek nie wywinie jej żadnego numeru! Już ona się z nim policzy, niechaj tylko go dorwie!
Fabiańska odruchowo przypomniała sobie słowa ojca, który prosił o kontakt w razie nieprzewidzianych okoliczności. Cześć, ojciec, zgubiłam ci dzieciaka, ale wszystko pod kontrolą. Tak, na pewno chciałby to usłyszeć. Kiedy już miała podejść do dwóch znudzonych panów ochroniarzy, z całą pewnością nie mogących narzekać na nadmiar obowiązków, kilkadziesiąt metrów dalej zobaczyła dwie znajome postacie. Jedną z nich była bezowocnie poszukiwana od kilkunastu minut zguba, a drugą jej ulubiony sąsiad. Najwyraźniej miał szczęście do znajdowania jej braci, jeśli wziąć pod uwagę sytuację sprzed ośmiu lat. Oby tym razem nie oczekiwał żadnego rewanżu.
Berenika przyspieszyła kroku, by znów nie stracić z oczu małego uciekiniera, a znalazłszy się dostatecznie blisko, wykrzyknęła jego imię. Obaj panowie odwrócili się jak na komendę, a starszy z nich pochylił się nad młodszym i wyszeptał mu coś do ucha, na co ten drugi pokiwał twierdząco głową.
- Witam drogą sąsiadkę. - Malujące się na Bartmanowej twarzy zdumienie w okamgnieniu zostało stłumione przez złośliwy uśmieszek. - Muszę przyznać, że mam obawy przed oddaniem tego oto smyka w pani ręce. - Przygarnął do siebie Mateusza, który jak zwykle lustrował swoja siostrę bazyliszkowym spojrzeniem. - Nie wyrażał się o pani zbyt pochlebnie.
- To działa w obie strony, ale jeśli tak bardzo przejmuje się pan losem mojego brata, to nie widzę przeszkód, by został pan jego kolejną opiekunką - odgryzła się Fabiańska. - Uprzedzam jednak, że to krótkoterminowe zajęcie i skutkuje trwałym uszczerbkiem na psychice.
- Wygląda na to, że o wiele lepiej znam się na siatkówce, więc nie skorzystam z propozycji, chociaż nie ulega wątpliwości, że Mateuszem powinien zajmować się ktoś inny. Nie dość, że dręczy pani pacjentów, to jeszcze zniechęca do siebie dzieci - odparował, nie szczędząc kpiarskiego tonu, co zostało odebrane przez Berenikę w kategoriach kolejnej prowokacji mającej na celu wyprowadzenie jej z równowagi. Bartman irytował ją swoimi niewybrednymi komentarzami, które sprawiały mu nie lada satysfakcję.
- Nie przypominam sobie, by którykolwiek z pacjentów się skarżył. Oczywiście oprócz pana. - Skrzywiła się z niesmakiem. - Może zasłużyłby pan na ładne podziękowania za odnalezienie Mateusza, gdyby znów tak bardzo nie świerzbił pana język.
- Ale przecież to tylko żarty, a my się lubimy, czyż nie? - Mrugnął porozumiewawczo. - Z sąsiadami należy żyć w zgodzie, pamięta pani?
- To chyba nie do mnie powinny być kierowane pytania o pamiętanie czegokolwiek. - Zmrużyła szyderczo oczy, znów nie potrafiąc powstrzymać się od ironicznych uwag na temat jego amnezji. - A teraz pozwoli pan, że się pożegnam. Nie będziemy więcej zabierać pańskiego czasu, prawda Mateusz? - Zbliżyła się do chłopca, chcąc chwycić go za rękę, ale napotkała na opór z jego strony.
- Nie idę z tobą! Chcę zostać ze Zbyszkiem!

* * *

Nawigacja GPS była jedną z nieodłącznych części samochodowego wyposażenia Kaśki. Dziewczyna od zawsze miała problemy z orientacją w terenie, zatem rzadko wyruszała w długie i samotne podróże autem. Nie miała pojęcia, dlaczego w nieznanych miejscach czuła się bardziej bezradna niż dziecko we mgle, a odnalezienie drogi do celu zajmowało jej znacznie więcej czasu niż powinno. Podobne trudności sprawiało jej wytłumaczenie trasy komuś innemu, więc biada każdemu zagubionemu przechodniowi, który postanowił poprosić ją o pomoc, bo nawet z najprostszej drogi potrafiła uczynić labirynt nie do przejścia.
Pierwsza podróż z Warszawy do Rzeszowa, kiedy to jechała w odwiedziny do przebywającego w szpitalu braciszka, była koszmarem. GPS zaczął wariować w Ostrowcu Świętokrzyskim, a gorączkowe oglądanie mapy samochodowej z każdej możliwej strony zapowiadało niechybną katastrofę i niewiele brakowało, by Bartmanówna zawróciła do stolicy, pokonana przez polskie drogi i własne nierozgarnięcie. Szczęśliwym zrządzeniem losu spotkała jednak kierowcę, który również wybierał się do stolicy Podkarpacia i zaproponował podążanie za nim. Po trudach i znojach dotarła do Rzeszowa, co jednak nie było równoznaczne z końcem jej problemów, bo przecież trzeba było jeszcze znaleźć szpital... Kuriozalna sytuacja.
Po kilku tygodniach Kaśka znów stanęła przed wyzwaniem dostania się do tego samego miasta. Podążając po raz drugi identyczną trasą czuła się o wiele pewniej, dlatego też liczyła, że tym razem żadne niespodziewane zdarzenie tudzież złośliwość rzeczy martwych nie staną jej na przeszkodzie w szczęśliwym dotarciu do celu. Pokonywała kolejne kilometry, wsłuchując się w głos nawigacji oraz charakterystyczny warkot silnika i nie chcąc, by natrętne myśli znów wdarły się do jej umysłu. Ostatnio zdecydowanie zbyt wiele rozmyślała o słuszności powziętych przez siebie decyzji, które sprawiły, że jej dalsze plany na przyszłość uległy radykalnej zmianie. Jedną z nich miało być porzucenie ukochanej Warszawy na rzecz stolicy Podkarpacia. Nie ulega wątpliwości, że dokonała wyboru tej miejscowości ze względu na Zbyszka, ale nawet i ten argument nie przemówił do jej ojca, który określił swoją córkę mianem niedojrzałej emocjonalnie gówniary, która zachłysnęła się dorosłością. Gdyby tylko ten matoł raczył odebrać telefon... Nie ojciec, tylko Zbigniew, rzecz jasna. Z szanownym ojczulkiem na razie nie miała ochoty wdawać się w dyskusję.
Ktoś mógłby wysnuć przypuszczenie, że podobnie jak starszy o trzy lata brat hołdowała ciągłej potrzebie zmian, nie znosiła stagnacji i monotonii, była niespokojną duszą, która ciągle potrzebowała nowych wyzwań i bodźców napędzających do działania, ale to nie była do końca prawda. Chaos kontrolowany - to określenie najlepiej oddawało naturę tej pełnej sprzeczności dziewczyny.
Drogowskaz oznajmujący dotarcie do stolicy Podkarpacia sprawił, że panna Bartman mimowolnie wydała z siebie westchnienie ulgi. Teraz wystarczyło jedynie modlić się, by nawigacja właściwie pokierowała ją pod wskazaną ulicę i marzenia o podróży bez katastrofy staną się rzeczywistością. Pewne przysłowie nakazuje jednak nie chwalić dnia przed zachodem słońca, ale o tym Kaśka przypomniała sobie dopiero wtedy, gdy przez jej nieuwagę ucierpiał tył jadącego przed nią samochodu.
- Kurwa mać - wyrwało się z ust Bartmanówny. - Po prostu zajebiście.
Zjechała na pobocze, co również uczynił poszkodowany i powoli wysiadła z auta, przygotowując się na nieprzyjemną konfrontację z rozwścieczonym kierowcą. Istotnie, mężczyzna nie wyglądał na zachwyconego zaistniałą sytuacją.
- Najmocniej pana przepraszam. Boże, ale ze mnie niezdara. Pewnie powie pan, że jestem kolejną kobietą, która nie powinna wsiadać za kierownicę, a jeździć uczył mnie Stevie Wonder. - Kaśka pod wpływem stresu zazwyczaj trajkotała jak najęta. - Przyznaję, że egzamin praktyczny zdałam dopiero za czwartym razem, ale to dlatego, że trafiłam na wyjątkowo wrednego egzaminatora, który czepiał się pierdół. Nieważne. Jeszcze raz bardzo przepraszam i zapewniam, że pokryję wszystkie koszty wyrządzonej szkody. Co do złotówki. - Zakończyła słowotok, w napięciu oczekując na wybuch złości mężczyzny, jednak jego reakcja okazała się diametralnie różna od tej, której oczekiwała. Rysy twarzy nieznajomego złagodniały, a on parsknął śmiechem, tym samym wprawiając dziewczynę w konsternację, po czym odezwał się po angielsku:
- Byłbym wdzięczny, gdyby pani powtórzyła, bo jedyne, co zrozumiałem to przepra-szam - wydukał łamaną polszczyzną - i Stevie Wonder.
Tym lepiej dla mnie, pomyślała z ulgą i rozluźniła zesztywniałe mięśnie.
- Chciałam tylko powiedzieć, żeby nie martwił się pan o formalności i koszty, bo wszystkim się zajmę. I nie, Stevie Wonder nie był moim instruktorem jazdy.
Teraz roześmiali się oboje.
- Myślę, że uda nam się jakoś dojść do porozumienia, zresztą proszę zobaczyć, to wcale nie wygląda tak źle. - Ukucnął i przejechał dłonią po wgnieceniu.
- I tak w myślach zdążył pan mnie zamordować co najmniej sto razy, mam rację?
- Tylko dziewięćdziesiąt dziewięć, w setnej próbie przeszkodziło mi pani pytanie - odparł figlarnie. Kąciki ust Bartmanówny mimowolnie powędrowały do góry. - Czy mógłbym poznać imię nowego pirata drogowego, siejącego postrach na rzeszowskich ulicach? Chyba powinienem ostrzec przed panią kolegów.
- Kasia. - Wyciągnęła dłoń w kierunku mężczyzny, na chwilę zapominając, jak bardzo nie lubi tego zdrobnienia. - A właściwie Kaśka.
- Jochen. Może mi pani nie wierzyć, ale naprawdę bardzo mi miło.

* Błąd celowy.
** Jak wyżej.

~ * ~
*Finally wrote a fucking chapter*
Dobry wieczór. Czy ktoś jeszcze pamięta Berenikę i Zbyszka?
Miałam wrócić w lutym, pojawiam się w kwietniu. Brawo ja. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebowałam tej przerwy, choćby po to, by powrócił głód pisania. Znacie to uczucie, gdy robicie wszystko, by się nie uczyć? Wymyślacie sobie milion różnych zajęć, zamiatacie pustynię, etc.... Dokładnie tak samo miałam z pisaniem tego rozdziału i uwierzcie, iż chwilami myślałam, że w ogóle go nie skończę. Był przeszkodą nie do pokonania, przez którą nie mogłabym przystąpić do realizacji kolejnych pomysłów. No właśnie, pomysły... Może w tym momencie to zabrzmi jak szaleństwo, ale... CHCIAŁABYM NAPISAĆ CZĘŚĆ TRZECIĄ. Jej wizja prześladuje mnie od listopada, staje się coraz bardziej jasna i klarowna, i chyba nie zaznam spokoju, dopóki nie przeleję jej na Worda. Ale to pieśń przyszłości; na razie mamy pisany prawie dwa miesiące rozdział, który jest półprzejściówką, kolejną okazją na tak zwane "stwarzanie sytuacji" między głównymi bohaterami i nie urywa absolutnie niczego. Czasami chciałabym wszystko przyspieszyć, by nie zapisywać na swoim koncie kolejnego frustrogennego tasiemca, ale jednocześnie wiem, że nie powinnam popadać w skrajności i cierpliwie budować relację między postaciami, która z całą pewnością do łatwych nie należy i nieustannie przeżywa swoje wzloty i upadki. Tyle ode mnie na dziś. Nie wiem, czy od teraz będę wpadać tutaj regularnie, ale bardzo bym tego chciała. Wyjdzie w praniu. Dziękuję tym z Was, które poczekały. I witam serdecznie nowe czytelniczki :)
PS. Byłabym zapomniała. Dziękuję za wszystkie nominacje do Liebster Award, odpowiedzi znajdują się tutaj.

18 komentarzy:

  1. Jest, jest wyczekany!! *taniec radości*
    Szkoda tylko, że nie wiem co napisać :P Nie no dobra, coś skrobnę. Za chwilę.
    ...
    ...
    ...
    ...
    ...
    Em, co to ja chciałam? A, wiem! Pojadę od końca, jak to miewam w zwyczaju :D
    Podoba mi się wprowadzenie tu na dłużej (mam nadzieję :P) siostry Zbyszka. W końcu im więcej jej, tym więcej szans na Jochena (obyyyyy!) :P
    Co do samego Zbyszka i Bereniki: minęło tyle czasu, a oni i tak drą koty jak kiedyś :P Co prawda Zbyszek nie pamięta owego "kiedyś", ale to drobny szczegół :P
    Jeśli zaś chodzi o Berenikę i jej podejście do braciszka, mam podobnie. Nie lubię dzieci, nie rozumiem ich, a już tym bardziej nie rozumiem ich wymuszania wszystkiego płaczem, krzykami czy innymi tego typu rzeczami. I tak jak matka tego gno...znaczy dziecka, uważam, że to bardzo niewychowawcze ulegać jego histerii, tylko po to, by się uspokoiło.
    Matko, jaki ten komentarz nieskładny i nielogiczny :o Ale nieważne. Ważne, że jesteś tutaj znowu. Mam nadzieję, że już w miarę regularnie :D
    Czynię więc honory (no chyba, że nie zdążyłam) i witam ponownie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za tak entuzjastyczną reakcję na mój powrót :) Cieszę się, że nadal tu jesteś :)
      Jochen na pewno za jakiś czas zacznie się tutaj pojawiać w większym wymiarze i myślę, że niekoniecznie będzie to zależne od obecności Kaśki. Trzeba trochę zadbać o drugi plan :)
      Mi z dziećmi też nie po drodze i zwykle trzymam się od nich z daleka :P
      I ja mam taką nadzieję. Pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń
  2. Akurat mam za sobą dyskusję na temat dzieci i nie powiem, żeby Koszmarny Karolek alias Mateuszek sprawił, bym zmieniła zdanie w kwestii posiadania potomstwa xD nie wytrzymałabym z takim dzikusem... Rodziców młodego również jeszcze nie polubiłam, choć Aleksandrze jestem w stanie współczuć takiego potomka. Ładne mi wymarzone dzieciątko! Brawa dla Bereniki za to, że nie dała się małemu zastraszyć; jestem tylko szalenie ciekawa jak rozwiąże się bunt pt. "Chcę zostać ze Zbyszkiem!" Swoją drogą dla Bartmana również oklaski. Myślę, że w obecnych czasach mało kto zainteresowałby się losem "bezpańskiego" dziecka, a on jednak się przejął. Jego złośliwości względem Niki (i jej dla niego także) jak zwykle na poziomie :D A Kachę już lubię! Takie roztrzepańce są najlepsze ^^
    Ja również chciałabym tu wpadać regularnie :p Więc życzę dużo weny! A 3cz przyklaskuję z całą mocą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam, że też nie przepadam za dziećmi, ale do samego posiadania potomstwa mam ambiwalentny stosunek. Chciałabym i nie chciała jednocześnie :P
      A Zbyszek kompletnie wymyka mi się spod kontroli i nie daje się poprowadzić tak, jakbym tego chciała. Mam nadzieję, że w końcu zacznie się słuchać, bo w przeciwnym razie pokrzyżuje mi plany względem dalszej fabuły i to również tyczy się wspomnianej w posłowiu części trzeciej.
      Dziękuję bardzo, mam nadzieję, że wreszcie do mnie wróci :)

      Usuń
  3. Wreszcie! Mimo długiej przerwy i Twojej opinii, że ten rozdział był przeszkodą, wcale tego nie czuć! Jest genialnie! Śmiesznie i bosko! Trzymasz poziom i jestem jak najbardziej za trzecią częścią. Co do rozdziału to jak pisałam wyżej jest smiesznie. Lubię to opowiadanie, można się odprężyć, pośmiać. Czyta się to lekko i przyjemnie.
    Mam nadzieję, że kolejny już niedługo ^^
    Weny :*
    Pozdrawiam, Ola

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że ten rozdział nie odbiega poziomem od reszty, bo jak pomyślę sobie, ile przysporzył mi problemów, to aż sama nie dowierzam, że dałam radę go dokończyć :)
      Dziękuję pięknie za komentarz i życzenia weny. Pozdrawiam serdecznie! :)

      Usuń
  4. No nareszcie wróciłaś <3 Nie mogłam się tej ósemki doczekać i w końcu jest, w dodatku taka długa. Nie mam nic przeciwko zebyś nas tak zawsze rozpieszczała długością rozdziałów :> Jak nie Miłosz, to Mateusz... Berenika coś nie ma szczęścia do braci, obaj są tacy sami. Aż dziwne, że jej ojciec tak daje rządzić dziecku, bo ją trzymał krótko i na niewiele pozwalał. Niesprawiedliwe... Ciekawa jestem kiedy Zbyszek sobie przypomni te czasy, kiedy poznał Berenikę i połączy ją z osobą swojej jakże ulubionej sąsiadki. Nawet po tylu latach znów znajduje jej brata, gdy się zgubi. przypadek? Nie sądzę :D Część trzecia? Mi pasuje! Przynajmniej odpowiadanie będzie dłuższe. Ciekawi mnie, co w niej wymyślisz ;)
    Pozdrawiam ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział liczy sobie dokładnie sześć stron w Wordzie i zdaje się, że jest najdłuższym, jaki do tej pory napisałam, co zakrawa o paradoks, bo ogromnie się z nim męczyłam. I pomyśleć, że chciałam go wzbogacić o jeszcze jedną scenę :P A czy Miłosz i Mateusz są tacy sami? Hmm, chyba bym polemizowała :) Starszy z nich był po prostu przemądrzały, natomiast młodszy jest przypadkiem kwalifikującym się do programu typu Superniania :P
      Tego, co wymyśliłam w części trzeciej na razie nie mogę zdradzić, powiem tylko tyle, że będzie trochę... inaczej :)
      Pozdrawiam również :*

      Usuń
  5. Ha! Czemu mnie nie dziwi, że jedyną osobą, która znajduje nić porozumienia z rozpuszczonym jak dziadowski bicz Mateuszkiem jest Zbychu? Ciągnie swój do swego? Tak, wiem, w Twoim opowiadaniu le Zbyszek wcale taki do końca nie jest, ale tak długo trzeba było czekać na ciąg dalszy, że moja wrodzona niechęć do Zbigniewa powróciła na swoje miejsce (owszem, to był przytyk do przedłużającej się nieobecności na blogu ;) )
    Dobrze, że już jesteś i to z nowymi pomysłami. Ciekawi mnie jak rozwinie się wątek Kaśki i Jochena i czy to w ogóle będzie ich historia, bo w końcu Berenika też na niego wpadła. Poczekamy (oby nie kolejne sto lat), zobaczymy :)
    Pozdrawiam życząc nieograniczonej niczym i niesłabnącej chęci do pisania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wbrew pozorom le Zbyszek też jest rozpuszczony jak dziadowski bicz, bo kompletnie nie pozwala się napisać tak, jakbym sobie tego życzyła, więc odpowiedzialność za przedłużającą się nieobecność zrzucam na niego. Widocznie rycerzykowanie wyjątkowo przypadło mu do gustu ;)
      Chaos kontrolowany plus niemiecka superprecyzja? Sama jestem ciekawa, czy takie połączenie zdałoby egzamin ;)
      Ja też pozdrawiam i dziękuję :)

      Usuń
  6. Jak ja czekałam na ten rozdział! Cieszę się strasznie, że wróciłaś, mam nadzieję, że weny wystarczy na długo :)
    Ten Mateusz to zło wcielone, widać, że rodzice kompletnie nie radzą sobie z wychowaniem dzieciaka. W sumie to ciekawe czy problem rzeczywiście tkwi w kardiochirurgu, w końcu to już drugie takie dziecko. Takich bachorów za przeproszeniem jak Mateusz nienawidzę. Rozpieszczone małe diabły :/ Dobrze, że tam się pojawił Zbyszek i znalazł uciekiniera. To przeznaczenie :D Ich rozmowa jak zwykle uszczypliwa, ale to już nic nowego. Bardziej mnie zainteresowało spotkanie Jochena i Kaśki, nie spodziewałam się, że tutaj pojawi się jakiś drugi, całkiem osobny wątek. Bo oni się jeszcze spotkają, prawda? W ogóle śmieszna ta ich rozmowa, dlatego tym bardziej nie mogę się doczekać kontynuacji tej znajomości :D
    Naprawdę super, że wróciłaś ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja się cieszę, że Wy czekałyście :) I ja mam taką nadzieję! :)
      Przyznam, że pisząc o Mateuszu miałam obawy, że nie uda mi się przedstawić jego zachowania w wiarygodny sposób, ale chyba nie wyszło tak źle ;) A Jochen i Kaśka z całą pewnością jeszcze się spotkają, ale czy z tej mąki będzie chleb? Czas pokaże :)

      Usuń
  7. Jestem! Przepraszam Cię, że dopiero teraz tutaj dotarłam, ale cholernie nie mam ostatnio czadu - za dużo wszystkiego spadło mi na głowę. ;c
    Cieszę się, że wreszcie wróciłaś! Mam nadzieję, że więcej nie zostawisz nas na tak długi okres czasu bez rozdziału. ;D
    No kurczę, ten Mateusz to istny diabeł, a nie dziecko! Ja na miejscu Bereniki chyba nigdy bym się nie zgodziła zająć takim dzieckiem. Sama osobiście lubię pilnować dzieci - mam czteroletnią chrześnicę, ale co do tego, aby mieć swoje to nie jestem przekonana. ;D
    Spotkanie Bereniki i Zbyszka było raczej pewne, ale bardziej interesuje mnie to, co wyjdzie ze spotkania Kaśki z Jochenem. ;> Czyżby szykował się jakiś romans? ;D
    Z niecierpliwością czkam na kolejny! ;)

    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny! ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czas ostatnio też nie jest moim sprzymierzeńcem i zdaje się, że ja również mam u Ciebie jakieś zaległości, ale postaram się nadrobić je w najbliższym czasie :)
      Ja też mam nadzieję, że kolejnej takiej długiej przerwy nie będzie, chociaż nic a nić nie mogę obiecać ;)
      Ja z dziećmi jakoś nie potrafię odnaleźć wspólnego języka, nawet z tymi grzecznymi :P
      Czy będzie romans? Oj, nie wiem, nie wiem :>
      Dziękuję i pozdrawiam :*

      Usuń
  8. O matko, ja to bym chyba na łeb dostała z takim bachorem jak Mateusz. Nie lubię dzieci, ale tego to bym chyba zatłukła. I, cytując moją mamę - Wszystkie sądy by mnie za to uniewinniły. :D
    Koszmarny dzieciak. Musi się nauczyć, że nie każda jego zachcianka będzie spełniana.
    Ktoś go musi wychować.

    Hahah, milutkie spotkanie sąsiadów. Oni chyba nie potrafią nie kłócić się.
    Ale że dzieciak chce zostać ze Zbyszkiem? Matko z ojcem. :D

    Kasia i Jochen? Nonono. :D Brzmi ciekawie.

    Ale beznadziejny komentarz wypociłam. x.x

    Pozdrawiam. :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja chyba też :P
      Mateuszowi trzeba Superniani, chociaż określana tym mianem pani Zawadzka nieco straciła na swej wiarygodności, kiedy okazało się, że sama nie potrafiła okiełznać własnego syna.
      Uwierz, że potrafią :) Kiedyś na pewno zaczną ze sobą normalnie rozmawiać :P
      Pozdrawiam również :*

      Usuń
  9. Jak to minęły już trzy tygodnie od publikacji, a ja dopiero dzisiaj znalazłam czas, aby tu wpaść? ;_; Jestem złym czytelnikiem, przepraszam najmocniej. Zwłaszcza, że to jedno z moich ulubionych opowiadań.
    Koszmarny Karolek, agr. Gdy czytałam o jego wybrykach (i widziałam przed oczami 90% dzisiejszych małych dzieci aka rozpuszczonych bachorów) stwierdziłam, że nigdy nie chcę zostać matką (nie zdziw się, jeśli przez Ciebie polski wskaźnik przyrostu naturalnego będzie jeszcze niższy xD).
    Jeśli chodzi o dzieci chyba mam podejście nieco podobne do Bereniki. Nie rozumiem rozpieszczania swoich dzieci i pozwalania na wchodzenie sobie na głowę. Gdy opiekuję się młodszą kuzynką, pozwalam jej płakać i się fochać, nie zwracam na to uwagi. Działam mądrze. I przez to jestem uważana za bezduszną i bez serca xD
    Berenika chciała za wszelką cenę uniknąć przechodzenia z Mateuszem obok stoiska ze słodyczami. Mam ochotę podać tu ciekawostkę, którą kiedyś usłyszałam, mianowicie: w każdym sklepie przy kasach są ułożone słodycze. Góry cukierków, gum do żucia, wszystko, co tylko może zainteresować młodego człowieka. To jedyne miejsce w sklepie, którego rodzice nie są w stanie ominąć, więc ktoś chytrze wymyślił, aby zawsze można naciągnąć kogoś na koszty (właśnie dlatego, że nikt nie chce słuchać koncertu dziecka). Tak tylko chciałam to napisać xD
    Zbyszek! Gdy mały uciekł, ja po prostu wiedziałam, że to on go znajdzie. Czułam to w kościach czy coś. W końcu historia lubi się powtarzać :D Nie sądziłam jednak, że Mateuszek aż tak go polubi. Sądziłam raczej, że będzie chciał wrócić do siostry, a potem do rodziców. Z drugiej strony, chciałabym, aby Bartman go nie oddał, obawiając się, że jego słowa mogą być prawdą xD A potem musiałby się z nim męczyć, buahahahaha.
    W ogóle to wysnułam taki wniosek, że Zibi dogaduje się tak dobrze z dziećmi, ponieważ one czują w nim kogoś równego sobie, o podobnym poziomie inteligencji itd. Niemiło, wiem, sama nie wiem, skąd u mnie takie przemyślenia xD
    Ciekawi mnie, co działo się dalej. Może Zbyszek musiał odprowadzić Mateusza do rodziców? Ciekawe czy w takim wypadku pan Fabiański rozpoznałby starego 'znajdowacza' swoich dzieci (mam teraz takie zaćmienie umysłu, że nie mogę znaleźć istniejącego słowa, którym mogłabym zastąpić 'znajdowacza', więc wymyśliłam neologizm. Bo mogę) XD
    Jochen i Kaśka, ahahahahaha. Rozśmieszyło mnie, poważnie. I jeszcze ten sposób, w który się poznali <3 Bardzo mnie ciekawi, co dalej z tego wyniknie :D
    Jeśli opublikujesz trzecią część, to oczywiście ją przeczytam. Jak coś już masz jednego czytelnika, więc możesz pisać ^^
    Pozdrawiam gorąco :*
    A w wolnej chwili zapraszam do siebie na kolejny rozdział.
    zostan-z-nami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też cierpię ostatnio na niedobór wolnego czasu, chociaż majówka za pasem, więc bardzo dobrze Cię rozumiem :/
      Myślę, że i bez mojej ingerencji wskaźnik przyrostu naturalnego w naszym kraju leży i kwiczy (oczywiście zawsze pozostaje zachęta w postaci programu 500+ ^^).
      Ja zwykle unikam dzieci jak ognia, bo jakoś nie potrafię się z nimi komunikować :P
      Widać sztuczki psychologiczne stosowane są również w sklepach :P Podobna ciekawostka wiąże się z pieczywem, które zwykle jest umieszczone na samym początku po to, by jego zapach wzmagał głód i zachęcał do dalszych zakupów :)
      To, że Zbyszek znajdzie Mateusza było jak najbardziej do przewidzenia, bo to przecież kolejna okazja do spotkania z Bereniką :)
      Ojej, że niby Zibi mentalnie nadal jest dzieciakiem? :P Jakby tak głębiej się nad tym zastanowić, to coś w tym rzeczywiście jest :D
      Miło czytać, że jesteś kolejną osobą, która opowiada się za powstaniem trzeciej części. Myślę, że napisałabym ją nawet, gdyby miała pozostać tylko w szufladzie, bo pomysł zbyt mocno zakorzenił się w mojej wyobraźni, bym mogła sobie ot tak z niego zrezygnować, aczkolwiek ciekawa jestem jak na niego zareagujecie, bo będzie znacznie odbiegał od tego, co do tej pory tutaj wypociłam.
      Pozdrawiam również i melduję, że na Twoim blogu już się pojawiłam :)

      Usuń