piątek, 25 września 2015

Wspomnienie szóste, czyli: To był jakiś dzień dobroci dla zwierząt?

♪ Video - Środa Czwartek ♪

Utyskiwanie moich rodziców jest stałym punktem programu pod tytułem "Perypetie rodziny Fabiańskich", więc już dawno przestało wywierać na mnie wrażenie, wszak jestem zdania, że trzeba pozwolić im się wygadać, od czasu do czasu wtrącając swoje trzy grosze. Jest jednak mały problem - nigdy nie zostałam przyłapana na gorącym uczynku, w samym środku akcji, a w tym przypadku to tak jakby miało miejsce.

- Chyba musimy porozmawiać, moja panno - odezwał się ojciec, mierząc mnie przenikliwym spojrzeniem. Kolejna porażka wychowawcza bynajmniej nie wprawiała go w szampański nastrój. - Z tobą również, młodzieńcze - zwrócił się do Zbigniewa, który najwyraźniej miał zamiar grzecznie się pożegnać. Ha! Niedoczekanie. Siedzimy w tym oboje, więc niby dlaczego miałby wziąć nogi za pas i zostawić mnie z tym wszystkim?
Chwiejnym krokiem poczłapałam do krzesła i opadłszy na nie bezsilnie, dotknęłam zarumienionych z powodu wypitego alkoholu policzków, bo przecież nikt mi nie powie, że czułości ze Zbigniewem mogłyby w widoczny sposób mnie zawstydzić. Wyraźnie speszony Rycerz opierał się o futrynę frontowych drzwi przyczepy, jakby bojąc się wykonać jakikolwiek ruch, ale otrzymawszy zaproszenie do środka, po chwili zajął miejsce obok mnie. Ojciec stał nad nami niczym kat nad dobrą duszą, mama jak zwykle mniej surowa i nieco bardziej wycofana czaiła się pół kroku za nim, a zza uchylonych wrót prowadzących do sypialni wychyliła się głowa Miłosza, który teoretycznie powinien już dawno smacznie spać, ale przecież nie mógłby przejść obojętnie obok kolejnej zadymy z udziałem swojej starszej siostry, a poza tym sen i tak jest dla słabych.
Ojciec wygłosił pouczające przemówienie o bezmyślności, nieodpowiedzialności, negatywnym wpływie bezstresowego wychowania (który to już raz?) i zgubnych skutkach spożywania alkoholu. Tak naprawdę darł się jak stare prześcieradło, żywo gestykulował, a jego zaciśnięta pięść nie raz i nie dwa była bliska uderzenia w stołowy blat. Zbyszek wpatrywał się w doktora Fabiańskiego z nieodgadnioną miną (zapewne w myślach snując teorie o patologii w naszej rodzinie), a ja praktykowałam typowy dla siebie radosny tumiwisizm, w końcu sceny rodem z serialu paradokumentalnego, w których pierwsze skrzypce zazwyczaj grał rozwścieczony ojciec, nie były dla mnie niczym nowym i zaskakującym. Słowa, które z siebie wyrzucał, głównie skierowane były do mnie, dlatego tym bardziej nie spodziewałam się, że głos zabierze mój towarzysz niedoli. Cztery pary oczu wlepiły w niego zdziwione spojrzenia.
- Ja przepraszam, że przerywam. - Odchrząknął znacząco i poruszył się niespokojnie na krześle. - Ale chciałem powiedzieć, że to była moja wina.
- A nie mówiłam, że pierwsze wrażenie bywa mylne? - mruknęłam, ale chyba nikt mnie nie słuchał, bo tym razem cała uwaga skupiła się na Bartmanie.

* * *

Jestem chyba zdezorientowana.
Chyba jestem zdezorientowana.
Zdezorientowana jestem chyba.
Zdezorientowana chyba jestem.
I nie, piwo nie ma tutaj nic do rzeczy. Naprawdę, nie rozumiem, dlaczego Zbigniew postanowił wziąć ciężar całej winy na swoje barki. Jeśli w ten sposób miał zamiar mi się przypodobać, to nieźle to sobie wykoncypował, nie ma co! Niestety, jego notowania u moich rodziców znacznie spadły, ale cóż, sam sobie zgotował ten los. Chyba trafiłam na kolejnego typa spod ciemnej gwiazdy. Ojej.


* * *

- Wracamy do domu - oświadczył następnego ranka ojciec, gdy wygramoliwszy się z łóżka pojawiłam się na śniadaniu. I na dzień dobry zakrztusiłam się herbatą.
- Ale jak to? - zapytałam inteligentnie. - Przecież mieliśmy być tutaj dwa tygodnie! - Nie żeby mi na tym jakoś szczególnie zależało. Po prostu stwierdziłam fakt.
- I bylibyśmy, gdyby nie twój kolejny wybryk. Nie powinniśmy ci pozwalać na kontakty z tym Zbyszkiem. Jest taki sam jak reszta twoich kolegów. - Nakreślił palcami cudzysłowie, spoglądając na mnie z ukosa.
- Jak to mówią: mądry Polak po szkodzie.
- Nie zaczynaj, dobrze?
- Ja nie chcę wracać do domu! - zaprotestował Miłosz.
- Tak będzie lepiej, synu - wyjaśnił ojciec.
- Ale ja nie chcę! Dlaczego ona zawsze musi wszystko zepsuć? - Wycelował we mnie oskarżycielski palec, po czym niespodziewanie dla nas wszystkich odegrał najbardziej spektakularną scenę rozpaczy w swoim ośmioletnim życiu, której rodzice nie byli w stanie zignorować. Wow, determinacja godna podziwu. Mamoo! Bo zmoczę wszystkie prześcieradła! - Tego co prawda nie powiedział, ale mógłby, tak dla podkreślenia efektu. A ja, sprzecznie z własnym światopoglądem, miałam ochotę ucałować go za tę iście oscarową rolę. Bo chyba jednak trochę mi zależało. Tak tyci tyci.

* * *

Ale rzecz jasna, nie miałam zamiaru tego okazywać.
- To był jakiś dzień dobroci dla zwierząt?
- Konkretnie gadów. - Bartman wyszczerzył się jak mysz do sera. 
- Powinnam paść na kolana i oddać dziękczynny pokłon?
- Wystarczyłby buziak. Na przykład taki jak wczoraj - Uśmiechnął się zachęcająco, a następnie złożył usta w dzióbek.
- Nie przypominam sobie nic podobnego - wycedziłam, starając się ostudzić zapał chłopaka.
- Poalkoholowe zaniki pamięci?
- Raczej pamięć selektywna.
Zbyszek przybrał minę w stylu: Hahaha, uśmiałem się jak norka.
- Nie wiem, o co ci chodzi, dziewczyno. Bronię cię przed ojcem, latam za tobą jak jakiś kretyn, znoszę twoje złośliwości...
- Nie musisz - przerwałam listę zażaleń Zbyszka.
- Ale chcę. Więc mogłabyś docenić moje starania, bo mam już dość tej szamotaniny. Ja nie wiem, jak ludzie z tobą wytrzymują, skoro dziewięćdziesiąt procent populacji posądzasz o wylicytowanie swoich mózgów na Allegro.
- Ty akurat swój sprzedałeś na eBay'u.
- No widzisz? Znowu to robisz! - prychnął. - Dlatego ogłaszam wszem i wobec, że odpuszczam. Kopać z koniem się nie będę. Udanych wakacji. - Ostatnie zdanie zabrzmiało wręcz jadowicie. Bartman odwrócił się na pięcie i podreptał przed siebie, a ja poczułam się nieswojo. Niby marzyłam o tej chwili odkąd tylko go poznałam, ale teraz... Czy nie jest tak, że to właśnie jego obecność czyniła te wakacje bardziej udanymi? Właściwie sama nie wiem, dlaczego pierwszego dnia zareagowałam tak impulsywnie. Być może frustracja, zmęczenie, przyklejające się do tyłka wraz z bielizną spodnie, brak kofeiny we krwi i nieprzemożna chęć sięgnięcia po papierosa zrobiły swoje. Plus jego prostackie zachowanie, które sprawiło, że mogłam tylko wrzeć z oburzenia. Później jeszcze wiele razy doprowadzał mnie do apogeum irytacji, ale w ostatecznym rozrachunku...
- Poczekaj! - krzyknęłam i ruszyłam za brunetem. - No poczekaj, do cholery! - powtórzyłam. Zbyszek pruł do przodu, aż się za nim kurzyło, mając w głębokim poważaniu, że zdzieram dla niego gardło. Kiedy wreszcie raczył się odwrócić, w ostatniej chwili uniknęliśmy zderzenia.
- Widzisz? Jednak na ciebie lecę - mruknęłam, układając wargi w coś na kształt uśmiechu, ale widząc jego zaciętą minę po chwili dodałam: - Dobra, wiem, że to było słabe.
- Masz mi jeszcze coś do powiedzenia?
- Do powiedzenia? Niekoniecznie - odparłam i zarzuciwszy mu ręce na szyję, pocałowałam go z własnej i nieprzymuszonej woli. A on wcale a wcale nie miał zamiaru protestować.

* * *

Czy w ciągu dwóch tygodni można stracić dla kogoś głowę? Czy można się zakochać? Pewnie tak. Ale można przeżyć też przygodę bez żadnych romantycznych podtekstów, fruwających Amorków przypominających gabarytami barokowe aniołki, serduszek, lukru i czerwonych róż. Czy ja straciłam głowę dla niego? Hmm, z całą pewnością był mi obojętny w o wiele mniejszym stopniu niż bym sobie tego życzyła, choć na początku wcale nie miałam zamiaru się z nim spoufalać. W ogóle jest wiele rzeczy, których nie miałam zamiaru robić w trakcie tych wakacji, a jednak przełamałam bariery i dałam się ponieść chwili...
Szczegółami nie powinnam dzielić się z papierem.

Nie rozumiem tylko jednej rzeczy - dlaczego Bartman zaczął nazywać Michała "Blondyneczką"...


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ


~ * ~
Dzisiejsze wspomnienie jest, trochę niezamierzenie, urodzinowe. Zmiana kodu, dwójka z przodu i tak dalej. *chlip* 
A w sercu nadal smutek po meczu z Włochami.

To był najbardziej wymęczony rozdział od początku istnienia tego opowiadania. Nie potrafię zliczyć, ile razy poszedł w ruch klawisz Backspace. Kto wie, czy nie o jeden raz za mało.

Spodziewanie lub niespodziewanie kończymy część wspomnieniową historii Bereniki i Zbyszka. Końcówka prawdopodobnie  pozostawia ze sporym niedosytem, ale otwieram sobie furtkę do ewentualnych retrospekcji w części drugiej. A poza tym hej, czy nie jest tak, że Berenika pisze tylko wtedy, gdy jest wkurzona? ;)

A w części drugiej? Rzeszów, kot Teofil, Koszmarny Karolek, rolnik szukający żony, ciało astralne - wersja siatkarska, szpilki na Podpromiu i wiele, wiele innych - łatwo zatem wywnioskować, że nie zrezygnuję zupełnie z komediowej otoczki, choć nie ukrywam, że stopniowo będę wprowadzać również elementy tak zwanej obyczajowości. No i przede mną dwa wyzwania - nie stłamsić osobowości Bereniki i mądrze uporządkować rozgardiasz w życiu Zbyszka. Tyle mojego spoilerowania. WIDZIMY SIĘ W PRZYSZŁYM TYGODNIU. :) Może nawet w piątek? Zobaczymy.