piątek, 21 sierpnia 2015

Wspomnienie czwarte, czyli: Nie udław się tym nektarem, Guciu!

♪ Stromae - Tous Les Mêmes ♪

- Berenika, wstawaj. - Czyjś natrętny głos, przywołujący na myśl skojarzenia z bzyczącą muchą, usiłował wleźć z buciorami w krainę moich sennych marzeń. Zamruczałam niczym kotka, mlasnęłam i odwróciłam się na drugi bok, chcąc zignorować intruza, ale ten nie dawał za wygraną.
- Berenika, jest wpół do jedenastej!
Poczuwszy lekkie szturchnięcie opadłam na plecy, przeciągnęłam się leniwie i łaskawie uchyliłam jedną powiekę, a moje spojrzenie powędrowało na stojącego nade mną ojca. I co z tego, że jest wpół do jedenastej? Od kiedy będąc na wakacjach muszę zrywać się bladym świtem? A może ja mam zamiar spędzić dzisiaj cały dzień w łóżku, praktykując radosny tumiwisizm? Taki ze mnie leń. Patentowany.
- Radosny tumiwisizm praktykujesz przez całe życie - zauważył złośliwie ojciec. - Miłosz nie śpi od ósmej, a ty gnuśniejesz w łóżku do południa!
Bo Miłosz jest nadpobudliwym dzieciakiem lubiącym wtykać nos w nie swoje sprawy, więc niby dlaczego miałby tracić czas na sen? Sen jest dla słabych! - O, proszę, jego słowa. Zobaczymy za kilka lat.
Niechętnie zwlokłam się z łóżka i poczłapałam do łazienki, uprzednio wyjmując z nierozpakowanej torby podróżnej kilka losowo wybranych szmatek. I po co te nerwy? Przecież nawet nie zbliżyłam się do własnego rekordu w długości snu, który padł dokładnie pierwszego stycznia bieżącego roku, kiedy to wróciłam z imprezy sylwestrowej, nie tyle zmęczona co skacowana i zapadłam w sen. Taki całodniowy i kamienny. A później moje bębenki uszne eksplodowały z powodu natężenia dźwięku będącego naturalnym następstwem karczemnej awantury, którą urządzili mi rodzice, w końcu huczne witanie Nowego Roku jest niemoralne i nieprzyzwoite, a oni przez całe życie spędzali Sylwester na białej sali wraz z Telewizją Polską i Polsatem, jak na stetryczałych upierdliwców przystało. Taa, jasne.
A biedny Zbyniu pewnie trenuje teraz w pocie czoła. I bardzo dobrze. Zresztą kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Potwierdzone info.

Tak à propos... Bo myśmy wczoraj chyba uczestniczyli w takim jakby... procesie wymiany śliny, nie? Dobra, to było ohydne. Znaczy nie TO samo w sobie, tylko określenie TEGO. Ślimaczek brzmi znacznie lepiej. Przyznaję, że wtedy trochę mnie zamroczyło, chociaż nawet nie umoczyłam ust w żadnym wysokoprocentowym trunku, a lody, które spożywałam, nie zawierały w sobie choćby śladowych ilości adwokatu bądź ajerkoniaku. Chyba nadal jestem zwolenniczką teorii o odurzających właściwościach jodu, ale żeby było jasne - ja wcale rycerza Zbigniewa nie nienawidzę (na marginesie - nie uważam również jakoby jego imię było najbardziej przypałowe. Zawsze mógł skończyć jako Gienek, Kazik lub Władek - to dopiero byłby przypał życia). Wracając do wątku - wszelkie złośliwości, którymi obdarzam wyżej wspomnianego, są wyłącznie przejawem radosnego przekomarzania się. No, może nie do końca, ale aktualnie nie pałam żądzą mordu, więc od ubiegłego wieczoru nastąpił dość znaczący progres. Oczywiście nadal uważam, że cierpi na ociężałość umysłową (nie można przecież na siłę zaklinać rzeczywistości!), ale w obecnej sytuacji ogarnia mnie jedynie współczucie. Rycerz Zbigniew nie jest zniewieściałą mameją i to niewątpliwie swego rodzaju zaleta, dlatego jestem skłonna uwierzyć, że możemy żyć w pewnej... symbiozie. Właściwie całkiem podoba mi się możliwość ćwiczenia na nim mocy swej cietej riposty (na przykład przy okazji wypominania mu pozornej dwuznaczności stwierdzenia "Misiek jest moim partnerem") i oczekiwanie na to, aż z uszu buchnie mu para niczym u kreskówkowych postaci, ewentualnie obserwowanie jak udaje, że mój sarkazm dotyka go do żywego. Istotnie, rycerz Zbigniew to niezwykle pocieszne stworzenie, a nie jakiś tam "szarmancki młody człowiek", wbrew temu, co usiłują wmówić mi rodzice.


- A jak tam spacer ze Zbyszkiem? - odezwała się mama. No i od nowa Polska Ludowa! Zerknęłam kątem oka na Miłosza, który wyglądał jak ktoś, kto niechybnie ma zamiar włączyć się do rozmowy, ale moje ostrzegawcze spojrzenie skutecznie ostudziło jego zapał. Już ja bym się odegrała za niedotrzymanie umowy!
- Normalnie. Poruszaliśmy się na dwóch nogach, lewa-prawa-lewa, prawie jak podczas musztry na przysposobieniu obronnym, tylko że bez rytmicznego wymachiwania rękami zgiętymi w łokciach.
- Berenika, jak ty się odzywasz! Matka nie jest twoją koleżanką!
Ojciec to naprawdę ma słabe nerwy. Jak tak dalej pójdzie, to padnie na zawał szybciej niż jego pacjenci. I Marian Paździoch.
Czy naprawdę tak trudno pojąć, że głupie pytanie jest równoznaczne z głupią odpowiedzią?
- Mam nieodparte wrażenie, że rugasz mnie za każde słowo, jakie wypowiadam w twojej obecności - odparłam ze spokojem, krzyżując ręce na piersiach. - Może następnym razem napiszesz mi scenariusz naszej rozmowy, a ja tylko przeczytam należące do mnie kwestie?
- Twój dziadek zawsze powtarzał, że bezstresowe wychowanie to wymysł szatana - westchnął bezradnie, kiwając głową z rezygnacją. - I jak widać na załączonym obrazku, miał rację.
- Oj, Jędrek, daj już spokój. - Mama jak zwykle starała się załagodzić sytuację. - Najważniejsze, że chłopak, z którym się spotkała, jest uprzejmy i ma nienaganne maniery.
Nienaganne maniery? Dobre sobie!
- To coś nowego. - Ojciec uniósł brwi w geście niedowierzania. - Zazwyczaj nasza córka zadawała się z chuliganami z Mistrzejowic.
Nie ma to jak mierzyć wszystkich jedną miarą, nie? Akurat Mistrzejowice to jedna ze spokojniejszych dzielnic w pobliżu Nowej Huty, a bandyctwo szerzy się nawet pod Jasną Górą. Pochodzenie nie zawsze ma znaczenie.
- Bardzo dobrze, że Berenika poznała kogoś wartościowego - ciągnęła matka. - Może dzięki temu po powrocie z Sopotu nieco zweryfikuje listę swoich znajomych.
A niby co ma piernik do wiatraka?
- A więc wymyśliliście sobie, że rycerz Zbigniew w jakiś pokrętny i niewytłumaczalny sposób mnie nawróci, tak? - prychnęłam. - To może w ogóle pojedźmy po bandzie i w ramach wdzięczności oddajcie mu moją rękę! Mam rozumieć, że zaproszenia na ślub są już w trakcie wydruku?
- Nie ironizuj, dobrze? - rzucił gniewnie ojciec.
- To przestańcie wybierać mi przyjaciół! - W ten oto sposób moje plany utrzymania nerwów na wodzy spełzły na niczym. - Myślicie, że ten koleś naśladujący maniery przedwojennego amanta jest chodzącą perfekcją, a tak naprawdę nic o nim nie wiecie!
- Pierwsze wrażenie, ot co - skwitowała mama. - Ono prawie nigdy nie zawodzi.
- Tak? To musicie wiedzieć, że moje było zupełnie inne. - Wstałam gwałtownie od stołu i opuściłam przyczepę, ostentacyjnie trzaskając drzwiami. Nie ma to jak zakończyć kłótnię spektakularnym pierdolnięciem. I nieważne, czy ma ono wymiar dosłowny czy metaforyczny.

* * *

- Nigdy nie zrozumiem idei wypruwania sobie żył dla kawałka blachy.
- Ten kawałek blachy to tylko dodatek. Liczy się uznanie i prestiż.
- Co może być prestiżowego w rozgrywkach dla juniorów, o których wiedzą tylko nieliczni?
- Jeśli dobrze się zaprezentujemy, zostaniemy dostrzeżeni, a wtedy drzwi do kariery staną przed nami otworem. Może już za cztery lata uda nam się pojechać na olimpiadę. Są też cykle Grand Prix w plażówce i tak dalej, a jeżeli nie wyjdzie nam na piachu, to zawsze możemy przenieść się do hali.
- Chyba miałeś na myśli igrzyska, a nie olimpiadę, gamoniu.
- Boszzz, jak zwał tak zwał, panno czepialska.

W zasadzie powinnam w imię swej buntowniczej natury tudzież na przekór rodzicom zaniechać wszelkich kontaktów z rycerzem Zbigniewem, ale całe dwa dni spędzone w tak zwanym gronie rodzinnym utwierdziły mnie w przekonaniu, że "z dwojga złego lepiej w tę stronę" - znaczy w stronę zielonookiego. Jestem wyjątkowo trudnym przypadkiem, który nie znosi ani leżenia plackiem na plaży przez cały dzień, ani tym bardziej zgrywania typowego turysty biegającego z wywalonym jęzorem po miejscu, które odwiedził, chcąc poznać każdy jego zakątek, a właśnie tego typu atrakcje zafundowali mi rodzice. Tym sposobem prawie wyplułam płuca chcąc dostać się na sam szczyt latarni morskiej, wynudziłam się jak mops w muzeum i Parku Krajobrazowym, omiotłam obojętnym wzrokiem Operę Leśną oraz Krzywy Domek, nasłuchałam się jojczenia Miłosza, który koniecznie chciał iść do aquaparku, a na sam koniec przespacerowałam się po popularnym "Monciaku", i właśnie wtedy, nie wiedzieć czemu, włączył mi się tryb małego patrioty, bo zachciało mi się nucić pod nosem o czerwonych makach na Monte Cassino, zupełnie jakby sopocki deptak miał z nimi cokolwiek wspólnego. Dlatego też jeśli miałam wybierać pomiędzy zwiedzaniem Sopotu na wariackich papierach, a beztroskim hasaniem po plaży i słuchaniem wywodów Bartmana na temat piękna siatkówki i wyższości Moltena nad Mikasą, czy tam Mikasy nad Moltenem, na które co jakiś czas reagowałam przeciągłym ziewnięciem, wolałam zdecydować się na tę drugą opcję.
Rycerz Zbigniew był niezwykle zaangażowany w sport, który ignoranci i złośliwcy mogliby nazywać zwyczajnym "odbijaniem piłki" i nie ulegało wątpliwości, że jest niezwykle zdeterminowany, by zdobyć "kawałek blachy" mający być przepustką do wielkiej kariery. Wraz ze swym "partnerem" skakał jak na sprężynach do bloku czy ataku, stojąc na zagrywce z całą mocą uderzał w piłkę, niejednokrotnie celując w róg boiska oraz ofiarnie rzucał się na piasek, nie chcąc stracić choćby punktu. Jeśli drzemały w nim jakiekolwiek pokłady inteligencji, to chyba tylko tej boiskowej. I to by było na tyle dobrych rzeczy o Zbigniewie, bo oczywiście prędzej czy później musiała dać o sobie znać jego natura typowego samca. Wcale nie byłam zazdrosna o tę tlenioną blondynę (notabene, również jedną z przyszłych siatkarek plażowych trenujących z nimi na tym niby obozie przygotowawczym), której zaglądał w cycki, posyłał ukradkowe uśmiechy i bezczelnie obmacywał pośladki, niby w celu otrzepania szortów z ziarenek piasku, po prostu rozsierdziła mnie jego hipokryzja. Bo po kiego grzyba zawraca mi gitarę, skoro na horyzoncie ma "gorący towar", na widok którego świerzbią go paluszki? Ja rozumiem, że niektórzy odczuwają silną potrzebę chwytania kilku srok za ogon, ale nie ze mną te numery! Niewiele się zastanawiając, przystąpiłam do kontrataku, a ofiarą moich knowań stał się pewien szatyn. Trzepotałam rzęsami, "misiowałam" i robiłam miny w stylu słodkiej idiotki, co nie umknęło uwadze zielonookiego, więc mój cel został osiągnięty. No i znów poleciały wióry.


- Co to miało być tam z Miśkiem? Nie uważasz, że trochę przeginasz? - Stanął przede mną z rękami opartymi na biodrach, taksując pełnym niezadowolenia wzrokiem.
- Przyganiał kocioł garnkowi - odparowałam. - Może następnym razem powinnam życzyć ci powodzenia w odkrywaniu wzgórz i dolin Kingowego ciała?
- A co, zazdrosna jesteś? - W jego oczach dostrzegłam przebłysk triumfu. Parsknęłam szyderczym śmiechem.
- O kogo? Typowego lowelasa, który skacze z kwiatka na kwiatek? Nie udław się tym nektarem, Guciu!
- I kto to mówi! Może powinienem zwracać się do ciebie Maju?
- Ja w przeciwieństwie do niektórych nie mam lepkich rączek!
Prawda w oczy kole, co? Zdaje się, że tak, bo Zbysiu postanowił nieco zmienić strategię.
- Twoja krytyka mnie nie dotyka - błysnął pseudopoetyckim rymem, tłumiąc w sobie irytację. - Sama zresztą chodzącym ideałem nie jesteś. - Cofnął się o dwa kroki i obrzucił mnie krytycznym spojrzeniem. - Czupiradło z makijażem w stylu Mansona i odpryśniętym lakierem na paznokciach, w dodatku awanturnica i histeryczka.
- Odezwał się model Calvina Kleina ze zderzakiem od Poloneza zamiast normalnej żuchwy, posturą kija od szczotki i rozbuchanym ego!
To tylko próbka inwektyw maści wszelakiej, którymi obrzucaliśmy się raz za razem niczym śniegowymi kulkami. Koniec końców wyczerpany słownymi utarczkami Bartman (ja tam się dopiero rozkręcałam), porwał się na tani chwyt rodem z komedii romantycznych, usiłując wepchać jęzor do mojej jamy ustnej, ale tym razem nie dałam się otumanić i stanowczo odepchnęłam od siebie delikwenta, wpadając w stan regularnej dylerii.
- Wy wszyscy jesteście tacy sami! - wrzasnęłam na cały głos, aż wszystkie okoliczne mewy odleciały w popłochu. - Ojciec, Miłosz, a teraz ty - zalotnik za pięćdziesiąt groszy! Proszę raz na zawsze zejść mi z oczu! Od dziś jesteś moim wrogiem publicznym numer jeden.

~ * ~
OMG, nareszcie! Dlaczego ja nie mogę przysiąść do rozdziału raz a porządnie, tylko muszę męczyć go ponad tydzień, dopisując po kilka-kilkanaście zdań? Chyba muszę poważnie zastanowić się nad codwutygodniową publikacją.
W zasadzie tym razem nie dzieje się nic szczególnego oprócz stałego repertuaru - kąsania Bereniki i dzielnego odpierania ataków przez Zbigniewa. Nie mogę się doczekać drugiej części, a właściwie nie może się jej doczekać moja wena, która non stop podsuwa mi związane z nią migawki, a nowa piosenka Video jakoś tak pasuje mi do Zbycha "z przyszłości" (oczywiście pomijając teledysk). Jak żyć, a raczej jak pisać? ;)

Sprawiacie mi ogromną radość wszystkimi pozytywnymi komentarzami! :) Cieszę się, że polubiłyście historię Bereniki i Zbyszka.

PS. TOP 10 - dziękuję za nominację, a zainteresowanych odsyłam na moją podstronę.