♪ Monika Brodka - Granda ♪
Nie, po prostu (tutaj powinno paść niecenzuralne słowo na k) nie.
Czy ten nędzny człowieczyna jest wysłannikiem biura detektywistycznego? Pracuje dla agencji wywiadu? Bo tego, że mnie śledził jestem pewna bardziej niż własnego rodowodu. To nie totolotek, w którym ślepy los kieruje przypadkową kuleczkę z maszyny losującej do odpowiedniej przegrody. Zresztą ja i tak jakoś nigdy nie wierzyłam w przypadki. W sumie w przeznaczenie też nie. Natomiast wierzę święcie, że mój nowy znajomy jest kretynem. Stoi w przejściu jak kretyn, uśmiecha się jak kretyn i dzierży w dłoniach jakieś badyle. Znaczy słoneczniki. Też jak kretyn. I mówi. Dużo i bez sensu. To chyba też symptom kretyństwa, nie?
- Bardzo przepraszam, że nachodzę, ale musiałem zobaczyć się z pani córką, bo zachowałem się wobec niej, delikatnie mówiąc, nietaktownie - odezwał się zielonooki. - Otóż przez moją głupotę pani córka wpadła do morza, a że nie potrafi pływać, mogło się to skończyć dla niej tragicznie, za co chciałem bardzo ją przeprosić. Czy mógłbym teraz z nią porozmawiać?
- Yyy... Pro...szę - wydukała moja nieco skonsternowana mamuśka i zaprosiła go do środka, ale dałam jej do zrozumienia, że wolę, aby ta cała szopka rozegrała się bez jej udziału. Wstałam niechętnie z zajmowanego do tej pory fotela i podeszłam do Bartmana, a wtedy ten wyjął z bukietu słoneczników największy kwiat i wręczył go mojej zachwyconej rodzicielce. - To dla pani. Teraz przynajmniej wiem, po kim córka odziedziczyła taką urodę. - Uśmiechnął się czarująco, a moja matka spłonęła rumieńcem. No proszę, jaki czaruś. Ciekawe, czy za kilkanaście lat też będę się nabierać na podobny bełkot.
- Miło mi było panią poznać. Ach, zapomniałem się przedstawić. Nazywam się Zbigniew Bartman. - Wyciągnął dłoń, a moja mama uścisnęła ją z zachwytem. Dwója z savoir-vivre'u, panie Batman. Facet pierwszy nie wyciąga swojego łapska.
- Mi również było miło cię poznać, Zbyszku - zaćwierkała, po czym zwróciła się do mnie: - Nie mówiłaś, że kogoś poznałaś.
- Bo nie było o czym - burknęłam. Czy to wszystko dzieje się naprawdę?
- Zaraz wracam - syknęłam i wypchnęłam absztyfikanta na zewnątrz. Wcześniej wyrwałam mu z rąk bukiet i niedbale rzuciłam na stolik. Kiedy wychodziłam, mamcia zdążyła do mnie wyszeptać: Cóż za szarmancki młody człowiek! Taa, gadkę to on ma. Ciekawe, jak długo głowił się nad swoją przemową. Chociaż właściwie, z braku laku mógłby być tym rycerzem na białym koniu, o którym rozpisuje się Grochola w swoich powieściach. Imię rycerskie już ma, zakuty łeb właściwie też, retorykę na całkiem nie najgorszym poziomie i głupawy uśmieszek, który w zamyśle miał być wabikiem na płeć przeciwną. Czyli rycerz na białym koniu w wersji dla ubogich.
Oddaliłam się od przyczepy o kilkanaście metrów, a mój namolny towarzysz podążył za mną jak bezpański pies.
- Zdurniałeś do reszty? - rzuciłam z wściekłością, uznawszy, że znaleźliśmy się w bezpiecznej odległości, czyli takiej, w której nie dosięgnie nas niszczycielska moc Gumowego Ucha (nieważne, że Miłosz wraz z ojcem urządzili sobie jakiś męski wypad, a co za tym idzie, nie dostąpili wątpliwego zaszczytu poznania szarmanckiego młodego człowieka). - I dlaczego mnie osaczasz?
- Chciałem wyjaśnić z tobą kilka spraw. Zawsze jesteś tak wrogo nastawiona do ludzi?
- Do ludzi nie, do parapetów owszem - odgryzłam się. - I nie mamy czego ze sobą wyjaśniać, bo nasza sytuacja jest jasna i klarowna. Ja działam ci na nerwy, ty działasz mi na nerwy, więc z tej mąki chleba nie będzie. Kapewu?
Zawsze wychodziłam z założenia, że pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Jeśli ktoś od razu nie przypadnie ci do gustu, nie warto zaprzątać sobie nim głowy. No chyba, że ta osoba zajdzie ci za skórę. Wtedy czym prędzej należy przystąpić do kontrataku, jakby w myśl zasad spisanych w starożytnym kodeksie Hammurabiego. Zupełnie nie rozumiem tej zmiany frontu Bartmana, dlatego moja wewnętrzna "czujka" nakazuje mi pozostać sceptyczną i zdystansowaną. "Nie mogę pokonać wroga, więc dołączę do jego obozu?" Coś mi tu nie grało.
- Co mam zrobić, żebyś się do mnie przekonała?
- Zejść mi z oczu?
- Okej, wiem, że nasza znajomość zaczęła się wyjątkowo niefortunnie, ale możemy przecież zapomnieć o tym, co było i zacząć wszystko od nowa.
- Mam zapomnieć, że chciałeś mnie utopić?! - wrzasnęłam. Ten to potrafi podnieść ciśnienie bardziej niż końska dawka kofeiny.
- Przecież nie chciałem! - Także i on nie miał oporów przed podniesieniem głosu. - Tobie naprawdę trzeba powtarzać wszystko po kilkanaście razy, żebyś zdołała sobie przyswoić?
- Z naszej dwójki to nie ja jestem dotknięta ociężałością umysłową - mruknęłam.
- Ale zołzowatością jak najbardziej - zręcznie odbił piłeczkę. - Przychodzę do ciebie z sercem na dłoni, w dobrej wierze i ze szczerymi intencjami, a dostaję po głowie. To nie jest fajne, wiesz?
- Nie domyśliłeś się, że pluję jadem na wszystkie strony świata, a złośliwość to moje drugie imię? - rzuciłam z przekąsem. Mimo to Zbyszkowe rysy twarzy nagle złagodniały, a kąciki ust nieśmiało powędrowały ku górze.
- A jakie jest pierwsze?
- Czego ty ode mnie chcesz?
- Poznać twoje imię - przybrał minę niewiniątka.
- Posłuchaj mnie uważnie - wycedziłam. - Przyjechałam tutaj na dwa tygodnie, co prawda wbrew swojej woli, ale mniejsza o to. I te cholerne dwa tygodnie chciałabym spędzić z dala od idiotów i natrętów takich jak ty. Jest więcej niż pewne, że nasze drogi już nigdy się nie skrzyżują, dlatego zacieśnianie relacji między nami uważam za zbyteczne. Cześć.
Odwróciłam się na pięcie i ruszyłam z powrotem do domku letniskowego, ale Bartman oczywiście musiał poleźć za mną. Sfrustrowana, zrozpaczona i zarazem kompletnie bezsilna zatrzymałam się w połowie drogi i wbiłam w niego rozgniewane spojrzenie.
- Próbowałam wytłumaczyć ci, że nie jestem zainteresowana w uprzejmy sposób, bez posługiwania się łaciną podwórkową, bo podobno dziewczynom z dobrego domu nie wypada. Ale czy naprawdę muszę wypowiedzieć to magiczne słowo na s, żebyś wreszcie się ode mnie odczepił?
Skapitulował, ku mojej bezgranicznej radości. Wtedy jednak nie wiedziałam, że tylko na chwilę.
* * *
Bardzo nie lubię, gdy moją asertywność trafia jasny szlag.
Chociaż zdecydowanie wygodniejsze jest wmawianie sobie,, że po prostu zgodziłam się na pewne ustępstwa z uwagi na dbałość o higienę psychiczną. Wszystko byłoby pięknie i cacy, a ja nie musiałabym przeżywać wewnętrznych rozterek, gdyby nie Miłosz, który się zgubił i Bartman, który go znalazł, a później popchnął w objęcia przerażonych i stęsknionych rodziców rozważających nawet zgłoszenie zniknięcia młodego na policji. Czy można wyobrazić sobie większą ironię losu? Jest tyle ludzi na świecie, tylu plażowiczów wygrzewających swoje tyłki w blasku sopockiego słońca, a ten krasnal w za dużych okularach musiał spotkać akurat jego. Jego i Miśka, a właściwie Michała, bo takie imię nosi mądrzejsza część tego duetu, czyli chłopak, który wyciągnął mnie z wody (mam nadzieję, że mimo znajomości z tym ćwierćinteligentem jest uodporniony na głupotę).
A później miał miejsce szantaż emocjonalny, któremu chcąc nie chcąc uległam jak ostatni mięczak, chociaż nie byłabym sobą, gdybym nie stawiała oporu do samego końca. Bo skoro Zbigniew pomógł zbłąkanej owieczce odnaleźć stado, to przecież w ramach wdzięczności powinnam dać się zaprosić na spacer ("Spacer? A co ja, emerytka jestem?") i lody ("O nie, nie ze mną te numery!") truskawkowe, śmietankowe, czekoladowe "albo jakie tam chcesz" (tutaj zdobyłam się na udawane westchnienie ulgi). To rodzice byli dozgonnie wdzięczni, a nie ja, więc logicznie rzecz biorąc powinien umówić się z nimi... Ale nie, oczywiście Berenika musiała zostać oddelegowana przed szereg, i w ten oto sposób dreptałam z Bartmanem po sopockim molo, bynajmniej nie w milczeniu, bo kilka tematów do rozmów udało nam się znaleźć. Na swoim koncie mogę również odnotować jeden wybuch śmiechu - wtedy, gdy mewa dobrała się do waniliowego rożka mojego towarzysza, wykorzystując jego nieuwagę.
- Twój brat przypomina mi Kaśkę, kiedy była mniej więcej w jego wieku.
- Kaśkę?
- Moją siostrę. Też łaziło toto za mną takie małe, nieznośne i upierdliwe. Teraz ma czternaście lat, nadal nosi stanik w rozmiarze zero i ślini się do jakichś kolesi z plakatów, którymi obkleiła wszystkie ściany w swoim pokoju.
- Miłosz na przykład słucha Mozarta...
- Mozarta? O ja pierdolę - wydukał, krztusząc się ze śmiechu. - To już chyba wolę jak moja siostra wyje razem z Backstreet Boys, nawet jeśli dostaję apopleksji słysząc po raz tysięczny I Want It That Way.
- Backstreet Boys? To przecież antyk.
- Ma fazę na boysbandy.
Ponad półkilometrowe molo w Sopocie okazało się dla nas za krótkie, a zawracanie zbyt nużące, dlatego przystanęliśmy i oparłszy się o barierki, spoglądaliśmy na rozkołysane fale, wsłuchując się w łagodny szum Bałtyku.
- Co ty właściwie robisz w tym Sopocie? - zmieniłam temat.
- Trenuję. - Czy mi się wydaje, czy słyszałam w jego głosie coś na kształt dumy?
- Niby co? Moją cierpliwość?
- Oesu, dziewczyno, świat nie kręci się wokół ciebie. - Wywrócił oczami. - Siatkówkę trenuję, nie widziałaś? Siatkówkę plażową.
- Siatkówkę? Przecież to sport dla inteligentnych - wypaliłam.
- Wiesz co? Ty nawet wagon mnichów tybetańskich i wszystkich świętych razem wziętych doprowadziłabyś do rozstroju nerwowego. Przygotowujemy się z Miśkiem do Mistrzostw Europy, na których chcielibyśmy zabłysnąć, bynajmniej nie jak chrząstka w salcesonie, uprzedzając twoje złośliwości. Myślę, że możemy zdobyć nawet złoto, jeśli mocniej dokręcimy śrubę.
- W takim razie dokręcaj tę śrubę, a nie bałamuć przypadkowo poznanych dziewczyn - prychnęłam.
- Nie samym sportem człowiek żyje. - Wzruszył ramionami i jakby chcąc udowodnić prawdziwość swoich słów, sięgnął do kieszeni spodenek, z których wyjął paczkę papierosów. - Szluga?
- Nie mogę, rodzice mają lepszy węch niż psy policyjne, a poza tym tutaj chyba nie wolno palić, nie?
- Faktycznie, zapomniałem - przyznał z zakłopotaniem, a następnie schował papierosy.
- To też element sportowego trybu życia?
- Nie jestem uzależniony, jeżeli do tego pijesz. Po prostu lubię od czasu do czasu porządnie się zaciągnąć.
- Wszyscy tak mówią, nawet chodzące popielniczki.
Podszyta złośliwościami gadka szmatka, czyli wydawać by się mogło, kolejne spotkanie niewnoszące absolutnie nic do naszego życiorysu. Chylące się ku zachodowi słońce, powoli wyludniająca się plaża, powiew morskiej bryzy, czyli typowa wakacyjna sceneria o tej porze roku. I właściwie nie wiem, jak to się stało, ale Bartman postanowił pożegnać się ze mną w zdecydowanie zbyt bezpośredni sposób, a ja zamiast sprzedać mu otrzeźwiającego plaskacza, tym razem w drugi policzek, co by równowagę w przyrodzie zachować, odwzajemniłam jego bezpośredni gest i nawet mi się spodobało. Czy jod ma właściwości odurzające?
Szkoda tylko, że incydent miał miejsce na ostatniej prostej prowadzącej do domku letniskowego, co miało swoje następstwa w postaci zażartych negocjacji z pierwszą w rodzinie Gazelą Biznesu.
- Wszystko widziałem!
- Dobra, ile chcesz?
- Dyszka i będzie po sprawie. - Wyciągnął dłoń z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
- Porąbało cię? Piątak i ani grosza więcej. - To skandal, że ponad połowę młodszy ode mnie dzieciak miał nade mną aż taką kontrolę, dlatego musiałam się targować. Nie mogłam stracić resztek honoru, które mi pozostały.
- Dyszka albo powiem rodzicom. - Nie dość, że chciwy, to jeszcze nieustępliwy!
- Siedem złotych to moje ostatnie słowo.
- Okej, niech będzie - zgodził się łaskawie po dłuższym namyśle. - Z rodziny się przecież nie zdziera.
- Co ty nie powiesz! - fuknęłam i wyjąwszy z kieszeni portmonetkę, odliczyłam odpowiednią kwotę. - Masz, krwiopijco.
- Krwiopijca, ale za to jaki przedsiębiorczy! - Wypiął dumnie pierś i chuchnął zapobiegawczo na kilka drobniaków, które odebrał ode mnie z prędkością światła, jakby w obawie, że zdążę się rozmyślić.
- Młody, skąd znasz takie słowa?
- Wiem, że nadal nie możesz pogodzić się z tym, że w moim wieku byłaś na znacznie niższym poziomie intelektualnym, ale geniusz może być tylko jeden i nie moja wina, że padło właśnie na mnie - odrzekł wielce z siebie zadowolony. Popatrzyłam na niego spod uniesionych brwi. To dziecko musi nie mieć w szkole życia, bo któż chciałby zadawać się ze zbzikowanym mądralą? Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że w oczach rodzonego brata jestem niedouczonym półgłówkiem. Nie ma ani krzty fałszu w stwierdzeniu, że z rodziną wychodzi się dobrze tylko na zdjęciu.
~ * ~
Przede wszystkim stokrotne dzięki za każde dobre słowo i tę pozytywną presję, którą w ten sposób na mnie nałożyłyście. Nawet nie macie pojęcia, jak wiele mogą zdziałać tak drobne gesty. :) Przez niemal cały ubiegły tydzień otwierałam Worda i wpatrywałam się bezmyślnie w puste pole przed sobą, nie potrafiąc napisać choćby zdania. Ewidentnie moja wena wyjechała na wakacje, a nastrój sprawiał, że miałam większą ochotę zamulać niż żartować. No i ciągle szukam też sensu, ale nie życia, tylko dalszego pisania, a właściwie naprzemiennie gubię go i odnajduję, bo w tej kwestii moja natura jest bardziej chimeryczna niż kiedykolwiek mi się wydawało.
Mam jedynie nadzieję, że nie pogniewałyście się za ten poślizg. ;)
Mam jedynie nadzieję, że nie pogniewałyście się za ten poślizg. ;)
Grochola jak najbardziej na czasie, bo aktualnie mam na rozkładzie "Serce na temblaku". Ach, te ubogie zasoby miejscowej biblioteki. ;) Chociaż lepsze to niż Grey, którego męczyłam ponad cztery miesiące.
Następny rozdział? Oby w przyszłym tygodniu.
Wybaczcie przytłaczającą ilość dialogów, ale oni muszą ze sobą dużo rozmawiać, a raczej obrzucać się złośliwościami. To kwintesencja tej historii.
Wybaczcie przytłaczającą ilość dialogów, ale oni muszą ze sobą dużo rozmawiać, a raczej obrzucać się złośliwościami. To kwintesencja tej historii.
Aha, taka mała przypominajka o Kubiakowym suprajsie na otwórz swoje serce :)